czwartek, 30 lipca 2015

Ziemia Lubawska zmierzch starych Bogów (ROZDZIAŁ 4 W LUBAWIE)

     
Na wstępie chciałbym podziękować wszystkim, którzy okazali zainteresowanie moją powieścią. Nie sądziłem, że spodoba się ona tak wielu osobom. Dziękują Wam za tak dużo fajnych maili. 

Pozdrawiam wszystkich czytelników oraz wszystkie czytelniczki :)
  



ROZDZIAŁ 4 W LUBAWIE

         Król ptaków rozpostarł swe skrzydła i wzbił się do lotu. Dumnie przeleciał nad Lubawą, a dokładniej nad wielkim placem budowy. Orzeł spojrzał w locie na krzątających się na dole ludzi. Obserwował narodziny nowego ładu, budowę miasta oraz lokowanie wsi kilka kilometrów dalej. Widział pruskie małe „krainki” zwane lauksami, które do niedawna były w pełni pogańskie. Lauksy, czyli obszary z rozsianymi ufortyfikowanymi gospodarstwami oraz warownym grodem obecnie przeżywały wielkie zmiany. W wielu z nich obok grodów wyrastały wsie zakładane przez chrześcijańskich osadników, Prusowie, z których wielu mimo przyjęcia chrztu modliło się do dawnych bogów w Świętych Gajach musieli żyć wspólnie z chrześcijanami dla których pogańskie wierzenia były czymś obcym i tajemniczym.
            Jakże spokojny był jego lot. Król latający po niebie w przeciwieństwie do ludzi stąpających po ziemi nie miał trosk, nie musiał się przejmować tyloma rzeczami. Jego powinnością było polowanie, najlepiej na ryby, których w licznych jeziorach obecnych w pruskiej puszczy było pod dostatkiem. Zdobycie pokarmu i dumne latanie po niebie wydawało się być dla niego sensem życia. Inaczej było z ludźmi, którzy borykali się z wieloma problemami. Dla orła to był tylko lot, przeleciał spokojnie nad Lubawą i popędził na wschód. Im dalej zmierzał tym bardziej krajobraz się zmieniał. Obszary, na których karczowano lasy, „zabijano” puszczę i lokowano wsie były coraz rzadsze. Ostatnie znajdowały się przy ogromnej górze zwanej Górą Dylewską. Dalej rozciągała się wschodnia część Ziemi Sasinów do której chrześcijaństwo jeszcze nie dotarło. Tam tak jak dawniej puszcza była gęsta, a drzewa wycinano tylko w ostateczności pozostawiając kawałek pnia z korzeniami z szacunku dla dusz mieszkających w drzewie. Tamtejsza ludność po staremu czciła naturę i wierzyła w bóstwa posiadające różne imiona. Ważnym bogiem był dla nich Patrīmpus władający magią oraz Pikuls lub Patollus będący bogiem śmierci. Ogromne znaczenie miał też bóg błyskawic Perkūnas oraz bogini Kurke (Kurche).
            My jednak nie będziemy dalej śledzić lotu niebiańskiego króla. Powrócimy teraz na ziemię, gdzie toczy się akcja naszej powieści.

            Brama przez którą wjeżdżali do miasta była już ukończona. Stały jeszcze przy niej co prawda  rusztowania jednak wydawało się, że wszystko jest już na swoim miejscu. Opuszczana krata była podniesiona, most zwodzony opuszczony nad, póki co jeszcze suchą fosą, a dokładniej fragmentem fosy, który w tej części miasta był już wykopany. Jednak droga do całkowitego zakończenia budowy miejskich fortyfikacji była jeszcze daleka. W wielu miejscach drewniana palisada nie została jeszcze wzniesiona, a rów, który w przyszłości zostanie wypełniony wodą okrążającą miasto nie był jeszcze wykopany we wschodniej i południowej części miasta. W Lubawie znajdowało się kilka studni oraz już w pełni zbudowany browar, który wykorzystywał z nich wodę. Dzięki temu Prusowie mogli poznać smak piwa trunku, który dla Słowian [Polaków] ma wyjątkowe znaczenie.
Kiedy Surwabuno razem ze swoimi wojami wjechał między błotniste ulice Lubawy nakazał kilku zbrojnym utorować ścieżkę przez ludzką ciżbę. Pokrzykiwali i poganiali konie, niemalże gotowi stratować każdego, kto w porę nie ustąpi z drogi. Tłumy schodziły na boki, niektórzy nieśmiało rzucali przelotne spojrzenia, nikogo nie dziwili konni jeźdźcy, piesi wojownicy oraz niewolnicy. Taki widok mieszkańcy średniowiecznych miejscowości obserwowali często i uznawali za coś naturalnego.
            Mojmira z uwagą obserwowała ludzi kłębiących się na targowisku. Osoby ubrane w zwykłe, najtańsze stroje i obuwie oraz bogato wyglądające kaftany i płaszcze chodziły od jednego kramu kupieckiego do drugiego. Wielu szczególnie na przedmieściach, czyli przed murami Lubawy oraz w samym mieście paradowało w obszarpanych ubraniach. Na drogie stroje mogli sobie pozwolić nieliczni. Ulice miasta tętniły jednak życiem, a stragany były wypełnione różnymi towarami. Liczni kupcy zachwalali swoje towary, właściciele kramów kupieckich namawiali przechodniów aby kupili wyroby ułożone na stołach. Mojmira dostrzegła wśród tłumu wielu sprzedawców owoców, ostrzycieli noży, rzeźników, bartników i wielu innych mężczyzn i kobiet oferujących swoje usługi albo towary. Lubawa podobnie jak inne średniowieczne miasta tętniła życiem. Na ulicach dało się dostrzec wędrownych artystów, bardów, minstreli, ludzi grających na harfach i fletach, którzy wykonywali akrobacje lub żonglowali.
            - Froum lubovie, tak przybysze z kraju Polan nazywają ten targ, powiedział nagle Divan. Znajdziesz tu handlarzy z całych Prus oraz z kraju Brytów, Wikingów, Mazowsza, a nawet z kraju Ślężan i z miasta króla Kraka. Kiedyś wielu z nich z nami walczyło, a dziś dzięki biskupowi Chrystianowi budują nam miasto i sprzedają u nas swoje rzemieślnicze wyroby. Niestety nad rzeką Drwęcą oraz na północy w Pomezanii i we wschodniej Sasinii oraz Galindii żyje jeszcze wielu Prusów, którzy trwają przy starych wierzeniach. Kto wie, może kiedy tu przybędą i ujrzą rozrastającą się Lubawę to wówczas sami zechcą się zmienić?
            - Myślę, że marzenie twojego władcy się spełni. Biskup Chrystian faktycznie buduje wam piękne miasto. Odpowiedziała Mojmira.
            - Oczy córki handlarza natychmiast zaczęły wędrować od jednego stoiska kupieckiego do drugiego. Niedaleko niej jakiś Prus sprzedawał biżuterię wykonaną z bursztynu. Miał też na sprzedaż sam bursztyn, który w kraju Polan uważano za jeden z największych skarbów ziem pruskich znajdujących się nad Morzem Bałtyckim - najwięcej można go było znaleźć na półwyspie Sambijskim [obecnie obwód kaliningradzki].

            [ Jako autor chciałbym w tym miejscu dopowiedzieć ci szanowny czytelniku, że wyprawy do Prus po bursztyn organizowano od czasów starożytnego Rzymu, a może i jeszcze prędzej. Znawcy tematu znają historię o "bursztynowych igrzyskach" zorganizowanych przez cesarza Nerona w I w. n.e. Bursztyn bałtycki, czyli zastygłą w głębi morskiej przed milionami lat kopalną żywicę drzew iglastych znano i ceniono również w Helladzie, Arabii, Egipcie oraz Persji. Rzymianie kochający luksus i bogactwo często próbowali zdobyć ten "skarb Bałtyku". Z jego powodu Prusów często napadali Wikingowie oraz Brytowie i Polanie. Już w I w. n.e. na Ziemi Sasinów przecinały się dwa szlaki bursztynowe: rzymski i wołyński. Pierwszy wiódł do Italii, a drugi do Arabii, Egiptu, a od VII wieku do "świata Islamu". Pierwszym z nich zagraniczni kupcy podążali po bursztyn nad Bałtyk, a drugim od ujścia Wisły przez Wołyń nad Morze Czarne.
            Spośród licznych archeologicznych znalezisk (np.: naszyjnik z monet arabskich w Sambii; rzymskie naczynia z II i III wieku n.e.; srebrne perskie monety z VI i VII w. n.e. ; liczne kolie bursztynowe i naszyjniki) chciałbym przybliżyć kilka z Ziemi Lubawskiej dowodzących obecności Rzymian na tych terenach. Mam na myśli m.in. skarb składający się z 1134 monet rzymskich z lat 54 – 211 n.e. znaleziony w 1740 roku we wsi Gierłoż (gm. Lubawa) położonej nad rzeką Gizelą, która kiedyś przepływała przez jeden z pruskich lauksów. Innym dowodem dalekosiężnych kontaktów handlowych jest pierścień ze złota wykopany pod Byszwałdem (gm. Lubawa), srebrny naszyjnik znaleziony w Rybnie Lubawskim oraz dwie monety rzymskie znalezione w Łąkorzu, wsi położonej w powiecie nowomiejskim, w gminie Biskupiec. Monety przedstawiają Antoniusza Piusa władającego Imperium Rzymskim w latach 131 – 161 n.e. oraz jego żonę Faustynę, zmarłą w 141 roku. ]

            Mojmira długo wpatrywała się w stoisko z bursztynem, gdyby nie więzy to zapewne podeszła by bliżej pooglądać bursztynową biżuterię. Później dostrzegła kolejnego kupca sprzedającego futra oraz kaftany z upolowanej, w pruskiej puszczy zwierzyny, zauważyła, że jego oferta jest dość szeroka - niedźwiedź, lis, wilk, tur, żubr, łoś, bóbr, dziki koń  i wiele innych skór z większej i z drobnej zwierzyny. Na kolejnym stanowisku ktoś sprzedawał koninę - pruski przysmak, a na jeszcze innym chleby, z wypieków których Prusowie byli znani i cenieni.
            Kolejne stoisko było z bronią - miecze i włócznie oraz pruskie tarcze, które miejscowi nazywają pawężami. Hełmy stożkowe, sztylety i kolczugi. Tuż obok ktoś miał kolejne stanowisko ze zwierzęcymi skórami ale wyglądającymi inaczej - czy to skóry z Rusi? Zastanawiała się. Dalsze stoiska były już "typowo pruskie" ponieważ oferowały to czego tutejszym nigdy nie brakowało, czyli wyroby wełniane oraz lniane. Mojmira zauważyła, że wielu pruskich mężczyzn lubi nosić odzież wełnianą, a kobiety stroje lniane.

            [ Ubraniami noszonymi przez Prusów były m.in. kaftany, płaszcze, koszule, futrzane czapki i spodnie zwane lagno. ]

            Tak duże targi Mojmira widziała w Krakowie, Gnieźnie i Płocku. Nie spodziewała się jednak, że ujrzy na własne oczy targ i miasto w kraju Prusów. Stoisk, handlarzy i kupców było tu wiele. Nie brakowało jubilerów, krawców, szewców, kartografów, cieśli, garncarzy, tkaczek, wytwórców łuków, wapienników, piekarzy, piwowarów, kuśnierzy. Niedaleko targu stały dwie karczmy, w których Polanie oferowali piwo, a Prusowie jakiś swój mleczny alkoholowy trunek [kumys]. Miasto żyło, a ludzie, którzy jeszcze kilka lat temu byli wrogami teraz wspólnie budowali miejskie fortyfikacje, handlowali i wyglądali na zadowolonych. Mojmira wiedziała jednak, że są to tylko pozory. Wielu z nich zmuszono do zrezygnowania z religii przodków, inni żyli w Lubawie ale dalej trwali przy dawnych wierzeniach. Dziewczyna podejrzewała, że jest jeszcze wielu Prusów, którzy podobnie jak ci z Pikowej Góry pragną walczyć z chrześcijanami i wypędzić ich ze swoich ziem.
            Oczy Mojmiry wędrowały z podziwem po miejskich zabudowaniach. Teraz zatrzymały się na szkole parafialnej. Dziewczyna widziała już takie przy kościołach w innych miastach. Pruskie i Słowiańskie dzieci uczy się w nich śpiewu, łaciny, pisania, czytania, a czasem arytmetyki i stylistyki, czyli umiejętności pisania listów, testamentów, zleceń. Ona jako córka kupca również potrafiła rachować, czytać i pisać. Wielu kupców w kantorach uczyło swoje dzieci pisania i rachowania. Kupiec, który nie potrafił liczyć nie miał szans przetrwać w tej branży. Inaczej było z kupcami, którzy potrafili rachować (liczyć) ale nie posiedli umiejętności pisania i czytania. Musieli oni korzystać z pomocy osób, które pisały zamiast nich listy i inne wymagane w zawodzie kupca pisma - najczęściej usługi tłumaczy odpłatnie oferowali duchowni.

            - Nagle Divan spojrzał w jej zielone oczy jakby się nad czymś zastanawiał, ostatecznie jednak się do niej nie odezwał. W międzyczasie w mowie pruskiej przemówił do wszystkich Surwabuno:
            - Odnieśliśmy wielkie zwycięstwo nad Pikową Górą, coraz mniej grodów w zachodniej Sasinii wyznaje wiarę w starych bogów, jeszcze kilka zwycięskich wypraw i opanujemy wszystkie lauksy, aż po rzekę Osę. Poprzedniej wiosny dołączył do nas Gryźlin, którego biskup Chrystian ochrzcił osobiście - Surwabuno wypowiadając te słowa wskazał gestem na potężnie zbudowanego Prusa o imieniu Gryźlin -  niestety wojownicy z Góry Pikowej nie mieli tyle rozsądku i woleli zginąć w walce. Teraz powróćcie na swoje gospodarstwa, do swoich lauksów, sprzedajcie na targu niewolników, albo zabierzcie ich ze sobą, cieszcie się zdobytymi łupami i czekajcie na moje kolejne wezwanie.
            Po tych słowach wszyscy zaczęli się rozchodzić. Surwabuno z kilkoma przybocznymi ruszył w stronę grodu odpocząć po ciężkiej wyprawie. Inni, łącznie z Divanem i Mojmirą ruszyli w stronę stajni, w których prędzej zostawili konie. Zabudowania dla koni znajdowały się daleko od froum lubovie, przy bramie południowej.
            - Oczy Mojmiry zwróciły się w stronę związanych jeńców, były wśród nich płaczące kobiety i dzieci. Prusowie prowadzili wszystkich w jedno miejsce.
              - Gdzie oni ich prowadzą? Zapytała.
       - Tam, gdzie my też się udamy, na targ niewolników, znajdujący się za miastem odpowiedział Divan.
            - W oczach dziewczyny pojawiły się łzy, chciała uciec ale jej ręce cały czas były związane z przodu krótszym sznurkiem, a dłuższy Divan prędzej przewiązał dookoła jej pasa aby mógł ją za sobą prowadzić.
            - Mojmira po zapachu wiedziała, że zbliżają się do miejsca, w którym prędzej zostawili konie. Zbudowana kilka metrów na zachód od stajni garbarnia wytwarzała nieprzyjemny, wręcz ohydny smród.
            - Pewnie dlatego zbudowali te budynki z drugiej strony miasta, daleko od targu, kościoła i ratusza - Mojmira sama się zastanawiała dlaczego w takiej sytuacji w jej głowie rodzą się rozmyślania o tak błahych sprawach.
            - Kiedy zbliżali się na miejsce mężczyźni przy garbarni zaczęli patrzeć w ich stronę. Mojmira czuła, że wzbudziła ich ciekawość, może nawet współczucie?
            - Ona również ze łzami w oczach patrzyła w ich stronę. Warsztat garbarza znajdował się na podwórku obok obdrapanego domu i składu. Po podwórzu, między budynkami biegał pies.  Garbarz siedział i czyścił skórę - była to robota brudna i cuchnąca. Drugi mężczyzna z koszykiem i kosturem podróżnym siedział na pieńku obok rzemieślnika i pokazywał mu jakieś karciane sztuczki - o czym świadczyła rozsypana obok niego talia kart.
            - Może to jakiś podróżny minstrel albo bard? Mojmira doszła do wniosku, że to musi być jakiś wędrowny artysta, który robi sztuczki, opowiada historie, śpiewa i zabawia gawiedź oraz możnych. Nie miała zbyt wiele czasu na zastanawianie się kim jest ów wędrowiec ponieważ po chwili siedziała już z Divanem na koniu i jechała w nieznane.

            Targ niewolników, kilka kilometrów za miastem, wyglądał inaczej niż froum lubovie. Na środku stało drewniane podwyższenie, na którym przywiązywano do pala niewolnika albo niewolnicę. Zebrani Wikingowie, Brytowie, Polanie, Sasi, Normani, przybysze z dalekiej Italii i z Egiptu oraz członkowie różnych pruskich krain między innymi Natangowie i Warmowie, prześcigali się właśnie w licytowaniu młodej dziewczyny o skandynawskich rysach twarzy. Jej jasna cera, błękitne oczy oraz długie, jasne włosy zapewne urzekały większość zebranych. Dziewczyna stała jakby zamroczona. Musiała pochodzić z dobrego domu. Na pewno nie była to córka skandynawskiego chłopa lecz kogoś bardziej zamożnego. Poparciem tych domysłów był jej strój: nosiła suknię wykonaną z tkaniny wyglądającej na drogą, tkanina przylegająca w górnej części do bioder opadała poniżej luźno licznymi fałdami ku ziemi. Jej obuwie, pasek oraz nakrycie głowy również świadczyły o zamożności. Poza tym na prawym nadgarstku nosiła szeroką bransoletę, której jej zapewne nie zabrano bo chciano podkreślić jej wysokie pochodzenie i uzyskać wyższą cenę.
            Mojmira zawsze ze współczuciem obserwowała kobiety, mężczyzn i dzieci, którymi handlowano jak każdym innym towarem. Jedni, ze związanymi sznurem rękoma, inni zakuci w gąsior, dyby lub łańcuchy, a jeszcze inni przetrzymywani w stojących lub wiszących klatkach, wycieńczeni, ze spojrzeniem, w którym ciężko było dostrzec coś pozytywnego. Ich rysy twarzy były różne po jednych było widać, że pochodzą z dalekiej północy, Jutlandii albo nawet zza morza. Natomiast inni wręcz przeciwnie przypominali Polan albo Rusinów. Byli też tacy, którzy wyglądali tak dziwnie, tajemniczo. Mojmira nie potrafiła rozszyfrować ich pochodzenia. Potencjalni kupcy licytowali się kto da więcej, a właściciele opowiadali o walorach sprzedawanych niewolników - silny, pracowity, kobieta potrafi gotować, szyć i jest posłuszna. Towary, czyli ludzi kupowano za pieniądze bądź wymieniano je na inne towary. Tak wyglądały targi niewolników, które razem z ojcem spotykała - rzadziej w Europie Zachodniej i częściej w kraju Polan. Natomiast w kraju Prusów podobnie jak w krajach muzułmańskich niewolnictwo było bardzo powszechne, a targi niewolników liczne.

            - Mojmira obserwowała licytację dziewczyny o skandynawskich rysach twarzy ze współczuciem. To nie jest moja pierwsza wizyta na targu niewolników ale niewolnicą jestem po raz pierwszy, pomyślała ze strachem.
            Wrzaski nagle ustały, okazało się, że dziewczę kupił jakiś możny, ubrany w drogie obuwie oraz szaty, z których najbardziej rzucał się w oczy pourpoint z wężowej skóry. Strój tego typu był rzadkością na tych terenach. Możny ten prawdopodobnie przybył tu z jednego z zamorskich krajów, wysiadł w jednej z nadmorskich pruskich albo wikińskich osad np. w Sambii i udał się w głąb lądu. Tak zapewne trafił na targ niewolników za Lubawą. Możliwe też, że dostał się tu poprzez Gdańsk i ziemie pruskich plemion Pomezan lub Pogezan.
            - Mojmira, przestała patrzeć na smutną dziewczynę, którą właśnie zabierał jej nowy właściciel. Dziewczyna postanowiła rozejrzeć się dokładniej po targu: jej oczy zatrzymały się chwilę na stojących w znacznej odległości od niej i Divana Prusach, z którymi przybyła do Lubawy. Pilnowali oni niewolników schwytanych przy Pikowej Górze - zapewne czekają na swoją kolej aby ich sprzedać - Pomyślała dziewczyna. Po chwili spojrzała na swoje więzy, a potem na stojącego po jej prawej stronie Divana - on patrzył na kolejnego niewolnika wprowadzonego właśnie na podwyższenie - i po raz kolejny uświadomiła sobie, że zapewne ją czeka taki sam los.
            - Po chwili jednak rozwiała negatywne myśli i zaczęła się przyglądać młodej dziewczynie zamkniętej w klatce, która stała na ziemi. Kilka razy widziała na targach niewolników ludzi zamkniętych w klatkach, które stały na ziemi albo nad nią wisiały. Mimo tego nie potrafiła oderwać oczu od tej dziewczyny. Tak jakby coś w niej ją przyciągało.

            - W umyśle Divana trwał prawdziwy spór - jest młoda, ma najwyżej 20 lat, i do tego jest ładna. Uzyskałbym za nią pokaźną sumę. Są tu kupcy z różnych krain, możliwe że zapłacą mi monetami, arabskimi albo weneckimi cekinami - z drugiej strony zapłata "po staremu" w towarze też by była miła, przydałby mi się nowy kaftan, może nawet ktoś zapłaci mi za dziewczynę przeszywanicą z kolczugą? Kolczuga wykonana z drobnych stalowych kółek oraz nowa przeszywanica, gdybym takie miał to nie musiałbym się obawiać ciosów zadawanych mieczem. Kto wie może nawet Rayde ze swoim toporem nie byłby w stanie mnie zranić! Te zwierzęce skóry są coraz mniej skuteczne i słabsze od pancerzy chrześcijańskich rycerzy z Mazowsza.
            - Divan nagle przerwał swoje rozmyślanie i skierował ponownie oczy na stojącą obok niego dziewczynę. Ona akurat nie zwracała na niego uwagi, on jednak, po raz kolejny, zaczął uważnie się jej przyglądać. Faktycznie jest ładna, te jej zielone oczy i długie czarne włosy. To jak zachowywała się od naszego pierwszego spotkania, na pewno bardzo się boi, a jednak stara się ukrywać ten strach. Jest ubrana jak zamożniejsi kupcy, a raczej była bo obecnie jej płaszcz jest podarty, brudny i do tego śmierdzi. Prusowie z Pikowej Góry jej go nie zabrali więc pewnie podarł się prędzej już podczas pojmania. Divan nagle uświadomił sobie, że wzrok dziewczyny jest skupiony na czymś, co znajduje się za jego plecami.
            - Na co tak patrzysz?  Zapytał nagle.
            - Mojmira aż drgnęła zaskoczona pytaniem. Patrzę na tamtą dziewczynkę, zamkniętą w klatce. Wygląda na przerażoną, jest młoda, ma najwyżej dziesięć lat. Co się z nią stanie?
            - Divan usłyszawszy jej słowa poczuł się dziwnie. Ta dziewczyna powinna martwić się o siebie. Jak ona może w takiej sytuacji myśleć o innych? Potem przypomniał sobie o naukach, które pobierał w Rzymie u ojca Tomasza, o Ewangelii, którą tłumaczył mu on ustnie z łaciny na zrozumiały dla niego język. Te wszystkie opowieści o byciu dobrym, przykazania, nauki. Zasady obowiązujące w nowej religii, które kłębiły się w jego głowie były bardzo dziwne, nowe, obce, tajemnicze i zupełnie inne od rodzimych wierzeń.
- Po chwili przypomniał sobie dokładnie ostatnią z lekcji jakie pobierał w 1216 roku w Rzymie u ojca Tomasza:


- Więc do niedawna wierzyliście w wielu bogów? Zapytał Tomasz.
- Tak, mamy Święte Gaje, w których składamy bogom ofiary.
- Czy ofiary z ludzi też składacie?
- Tak, takie ofiary również są wymagane przez bogów.
- Wasi bogowie są okrutni - mówił ojciec Tomasz - Jezus, Bóg Wszechmogący każe nam się wzajemnie szanować. Ofiary z ludzi by go tylko rozgniewały. Dla Niego najlepszą ofiarą jest bycie dobrym człowiekiem i wykonywanie Jego przykazań.
- Wierzycie w zbawienie? Co się z wami dzieje po śmierci, wiesz czym jest Piekło, Niebo, Raj?
- Wierzymy - mówił Divan - w wędrówkę dusz, nasze dusze po śmierci opuszczają ciało i wcielają się w drzewa, dusze męskie w dęby, a kobiece w lipy. Dusze mieszkają we wszystkich roślinach i  zwierzętach. Później dusza odradza się jako jeden z naszych dalekich krewnych. Końcem wędrówki duszy, którego doświadczają tylko najodważniejsi i najbardziej waleczni Prusowie jest podziemny raj bogini Kurke [Kurche], do którego wchodzi się przez dziewięć bram.
- Ojciec Tomasz po chwili namysłu odpowiedział. I do tego raju idą najodważniejsi i najbardziej waleczni? A co z tymi, którzy są słabi albo chorowici? A co z dziećmi, które giną za młodu? Co z kobietami, które umierają rodząc dzieci?
- Divan nie wiedząc co powinien odpowiedzieć stwierdził tylko, że na szacunek bogów zasługują najsilniejsi.
- A ja ci powiadam, że Bóg jest jeden i kocha wszystkich, a Raj jest w Niebie, a nie pod ziemią. I po śmierci dusza się nigdzie nie odradza albo idziesz do Piekła ponieważ byłeś złym człowiekiem albo byłeś dobry i pójdziesz do Nieba. Jeśli ktoś był bogaty i waleczny ale zabijał dla przyjemności, a nie w obronie własnej, walczył choć nie musiał, gwałcił i plądrował to taka osoba choćby była bardzo silna i budziła strach nie zostanie przez Boga wpuszczona do Raju. Bóg prędzej wpuści tam żebraka, który przez całe życie nikogo nie skrzywdził.
- Divan, wstrząśnięty odpowiedział: żebrak byłby dla Boga ważniejszy od wojownika?
- Dla Boga liczą się twoje uczynki, a nie wielkość miecza i zawartość sakiewki, Bóg patrzy na twoje serce, na to co myślisz, na to jak traktujesz innych.
- Pamiętaj o jednym. Skoro przyjąłeś chrzest i jesteś już jednym z nas to dam ci radę: będziesz oglądał w swoim życiu wiele okrucieństw, część z twojego ludu zapewne stawi zbrojny opór przeciwko nam chrześcijanom, zabili Wojciecha i innych misjonarzy, więc będą również prześladować ciebie, tobie podobnych i biskupa Chrystiana. Pamiętaj, że w chwili zwątpienia, powinieneś zawsze kierować się tym co czujesz w sercu. Jeśli serce podpowiada ci, że coś jest złe to nie rób tego, nawet jeśli będzie to niezgodne z tym co nakazują ci władcy. Zawsze kieruj się swoim wnętrzem. I pamiętaj, że jeśli kiedyś pojawią się ludzie, którzy będą  się uważać za ludzi wiary, za chrześcijan, a zamiast miłością będą nawracali Prusów mieczem i przemocą, pamiętaj wówczas żeby nigdy nie stawać po ich stronie. Przemocą nigdy nikogo szczerze nie nawrócisz.
- Po wypowiedzeniu tych słów ojciec Tomasz dał mi prezent, powiedział, że jest to nasze ostatnie spotkanie. Tym prezentem był miecz z tajemniczymi znakami i zdobieniami. Prosiłem go o dalsze nauki, tłumaczyłem, że jeszcze wielu rzeczy nie rozumiem. Lecz on odrzekł mi, że w przyszłości wszystko zrozumiem.
- Kiedy kolejnego dnia przyszedłem na miejsce naszych spotkań zastałem, tak jak każdego dnia, mały kościółek, jednak pomieszczenie w którym mieściła się pracownia ojca Tomasza było puste. Próbowałem o niego pytać jednak nikt go nie znał, nikt o nim nie słyszał...


            - Divan nagle się ocknął ze wspomnień, znowu był na targu niewolników. Po chwili zauważył wikinga zbliżającego się do klatki z dziewczyną.
         Wikingowie byli groźnymi wojownikami z ziem skandynawskich położonych za Morzem Bałtyckim. Budzili strach wśród wielu ludów, byli uzbrojeni w potężne miecze, często z dekoracjami, niektórzy z nich władali włócznią bądź toporem. Wiking zbliżający się do klatki z dziewczyną miał kolczugę i zdobiony miecz, co dowodziło jego wysokiego statusu. Otworzył klatkę i złapał dziewczynę za włosy. Dziewczyna płakała, próbowała bronić się swoimi drobnymi rękami jednak w starciu z potężnie zbudowanym wojownikiem nie miała żadnych szans. Takie sceny na targu niewolników były czymś normalnym, dlatego poza Mojmirą i Divanem, niewiele osób patrzyło w stronę klatki.
            - Nagle zirytowany wiking uderzył pięścią dziewczynę w brzuch. Krzyczał na nią w swoim języku, następnie złapał swoją ogromną ręką jej gardło i podniósł do góry.
            - On ją udusi pomyślała Mojmira, z jej oczu popłynęła mała łza, łza poświęcona tej młodziutkiej dziewczynie. Chciała chociaż w ten sposób okazać jej współczucie. Wiem, że nie jestem w stanie jej pomóc, sama zapewne jeszcze dziś zostanę sprzedana, może mnie też ktoś będzie bił.
            - Mojmira stała pogodzona już z tym, że za chwilę ujrzy, jak wiking na śmierć zatłucze nieszczęśniczkę. Postanowiła, że do końca będzie patrzyła, że przynajmniej ona nie będzie obojętna na to co się z nią dzieje. Uprowadzona, zapewne gdzieś w dalekiej krainie - z wyglądu nie przypominała ani Prusów ani tym bardziej Polan, stąd domysł, że jest z daleka -  i następnie przywieziona na targ niewolników. Mojmira kątem oka zauważyła, że Divan również spogląda na katowaną dziewczynkę. Ciekawe o czym on teraz myśli? Pozostałe osoby obecne na targu niewolników nie przejmowały się pospolitymi wydarzeniami tego typu do których często dochodziło.
         - Mojmira ponownie spojrzała w stronę klatki i nagle zobaczyła nie dwie ale trzy postacie: wikinga, duszoną - jedną ręką - dziesięciolatkę i Divana! Kiedy on tam dotarł? Przecież przed chwilą stał obok mnie pomyślała przerażona.
        - Po co on tam pobiegł? Czy chce kupić tę dziewczynkę od wikinga?
            - Zbliżywszy się Mojmira spostrzegła, że Divan próbuje się porozumieć z przybyszem, który dalej trzymał w powietrzu za szyję, jedną ręką, biedną przerażoną dziewczynkę.
            - Wiking spojrzał ze złością na Prusa.
         - Tak jednak chce ją kupić - stwierdziła - widząc jak Divan łapie za swoją sakiewkę z pieniędzmi, którą nosił przypiętą do pasa. Wiking bardzo się zdziwił, jednak gestem ręki odprawił Divana.
            - To już koniec pomyślała Mojmira.
            - Wiking wyciągnął mały sztylet.
          - On ją zabije, jednak wszędzie jest tak samo, słabi giną z ręki silnych. Mojmira po raz kolejny zdała sobie sprawę, że wypowiedziała swoje myśli głośno, poza tym podeszła tak blisko całego zajścia, że zapewne słyszała ją cała trójka - oczywiście jeśli dziewczyna była w stanie jeszcze coś słyszeć, a wiking rozumiał jej język.
            - "...jednak wszędzie jest tak samo, słabi giną z ręki silnych" Divan słysząc te słowa po raz kolejny poczuł wewnątrz siebie to dziwne uczucie.
            Ręka wikinga tymczasem razem ze sztyletem zmierzała w stronę jego własności, czyli duszonej dziewczyny. Nagle cały tłum spojrzał w stronę klatki, w jednej chwili wszyscy zaczęli się interesować tym co się tam dzieje.
            - Mojmira również patrzyła z przejęciem i nie wierzyła własnym oczom.
            Divan najpierw złapał wikinga za nadgarstek prawej ręki, ścisnął tak mocno, że ten wypuścił sztylet. Rozzłoszczony wiking rzucił dziewczyną w Prusa z całych sił. Divan się tego spodziewał i złapał ją. Jego ruchy zrobiły wrażenie na ludziach obserwujących całe zajście. Podszedł do Mojmiry, trzymając na rękach zapłakaną, pobitą, przerażoną i nie mającą pojęcia co się dzieje dziewczynkę. Następnie położył ją na ziemi - z bólu nie potrafiła ustać na nogach - i wyjął sztylet, którym przeciął więzy Mojmiry.
            - Pilnuj tej dziewczynki. Następnie wolnym krokiem szedł w stronę wikinga, który wyciągnął z pochwy swój ogromny ozdobiony rozmaitymi wzorami miecz.
            - Divan nie spodziewał się, że Wiking posunie się tak daleko. Wyjęcie sztyletu i próba zabicia niewolnika nie stanowiło naruszenia żadnego prawa, co innego wyciągnięcie miecza z pochwy i próba ataku kogoś o znacznym statusie. Nie mając wyboru Divan również wyjął swój miecz, ten sam który otrzymał od ojca Tomasza w Rzymie. Na jego rękojeści i pochwie był wygrawerowany jednorożec - Divan od dawna się zastanawiał nad znaczeniem tych tajemniczych zdobień.
            Wiking  Zaczął krzyczeć na Divana w niezrozumiałym języku. Później na jego ustach pojawił się uśmiech, górował nad Prusem wzrostem i muskulaturą.
            - Divan dobył swojego miecza, od którego odbiły się promienie słoneczne - obrona słabszych, walka w słusznej sprawie, słowa ojca Tomasza nagle mu się przypomniały - takiej stali zgromadzeni na targu musieli jeszcze nie widzieć ponieważ było słychać z ich ust różne pomruki i gesty niedowierzania. Prędzej wielu postawiło swoje denary, floreny lub inne monety na wikinga teraz coraz więcej osób zaczęło stawiać na zwycięstwo pruskiego wojownika.
            - Wydawało się że miecz, w ręce Divana, żyje własnym życiem, szybkość zadawanych przez niego ciosów, precyzyjne parowanie uderzeń chaotycznie zadawanych przez wikinga. Pozy przyjmowane przez pruskiego wojownika, precyzja z jaką zadawał ciosy sprawiły, że ludzie zamarli. Obaj walczący nie korzystali z tarcz, używali samych mieczy. Jednak wiking był ubrany w kolczugę ale bez kolczego kaptura, a Divan w zwykły skórzany kaftan. Mimo tego Prus atakował z niesamowitą szybkością. Jego uderzenie wymierzone z góry wiking sparował w ostatniej chwili ratując głowę. Pchnięcie stanowiące jego kontratak nie zaskoczyło Divana, który zablokował je  i zamachnął się na przeciwnika od lewej strony na wysokości ramienia. Wiking został zepchnięty do defensywy, ledwo blokował ciosy zadawane z niezwykłą szybkością. Po kilkunastu atakach Divanowi udało się płynnym ruchem, dowodzącym jego rycerskiego wręcz kunsztu, wytrącić miecz z ręki przeciwnika. Chciał na tym poprzestać, zrobił dwa kroki w tył, odwrócił plecami do pokonanego przeciwnika i ruszył w stronę Mojmiry, która znajdowała się jakieś dziesięć metrów od niego. Przeczucie mówiło mu jednak by nie chował miecza do pochwy dlatego szedł trzymając go w prawej ręce. W tym momencie wiking dobył sztyletu, którym prędzej chciał zabić dziewczynę i rzucił się na Divana. Jedyną szansą na zabicie kogoś kto nosił kolczugę było atakowanie głowy albo pchnięcie. Divan wybrał pierwszy wariant, nie chciał próbować przebić zbudowanej z małych metalowych krążków kolczugi więc zamachnął się z całych sił ścinając wikingowi głowę, która potoczyła się między osoby obserwujące walkę. Divan jako zwycięzca podszedł do ciała pokonanego przeciwnika, ściągnął z niego kolczugę oraz zabrał sakiewkę z pieniędzmi. Zgodnie z prawem mógł wziąć to co należało do osoby, która bezprawnie go zaatakowała na ziemiach biskupa Chrystiana. Tak więc niewolnicy wikinga również należeli do niego.
            Ludzie przyglądający się walce po chwili wrócili do swoich spraw, ciałem wikinga nikt się nie przejął. Licytowano kolejnych niewolników, powróciły wrzaski i śmiechy.
       - Divan podszedł do Mojmiry.    
- Zemdlała z bólu - powiedziała i pozwoliła mu wziąć dziewczynkę na ręce. Czy w Lubawie albo w grodzie za miastem jest jakiś cyrulik? Zapytała.
       -  W Lubawie jest jeden ale zawsze tłumy czekają do niego. Ona potrzebuje natychmiastowej opieki - odrzekł Divan. Poza tym ta dziewczynka ledwo żyje. Zwykły medyk może nie wystarczyć. Chodź za mną.
             

     - Drewniana chata, nie różniła się niczym od tych, które budowali Polanie. Jedynym wyjątkiem były charakterystyczne dla Prusów pale, na których stała cała konstrukcja. Prusowie, którzy od setek lat żyli w puszczy wiedzieli, że budowanie chat, albo grodów, na palach wbitych w ziemię lub w dno jeziora, stanowi wspaniałe zabezpieczenie przed atakami dzikich zwierząt. Niska, o owalnym kształcie, zwężającym się delikatnie od dołu do góry, kryta słomianą strzechą. Otwór w ścianie, zwany lanxto, był oknem i zarazem spełniał funkcje komina, czyli otworu na ujście dymu. Na środku izby znajdowało się ognisko przy którym na leżącym pniu drzewa siedziała stara, licząca jakieś osiemdziesiąt lat kobieta. Nad ogniskiem wisiał duży kocioł.
            - Kobieta śpiewała jedną z pruskich pieśni i przygotowywała jakąś ziołową miksturę. Nagle do jej uszu doleciał dźwięk szczekających psów, a potem tętent końskich kopyt. Po chwili drzwi chaty z hukiem otworzył Divan, wnosząc na rękach nieprzytomną i krwawiącą dziewczynkę. Za nim weszła Mojmira.
            - Stara kapłanko ona potrzebuje pomocy.
            - Czy twój nowy bóg nie potrafi jej pomóc? Odpowiedziała Divanowi nie wstając nawet od kociołka.
            - Cyrulik, który leczy ludzi w Lubawie jak zawsze jest oblegany, a jego wiedza na temat ziół nie jest tak duża jak twoja. Kobieto rusz się!
            - Stara kapłanka zawsze darzyła Divana sympatią, pamiętała jak w dzieciństwie z żarliwością oddawał cześć bogu magii Patrīmpusowi i Perkunasowi, który w pruskich wierzeniach był bogiem błyskawic. Nawet czasem powtarzał, że w przyszłości zostanie wajdelotą. Teraz jednak jego marzenia z dzieciństwa nie miały znaczenia, były to tylko wspomnienia starej kobiety.
            -  Połóż ją na łóżku. Divan posłusznie wykonał polecenie.
            - Kobieta podeszła i zaczęła badać pobitą dziewczynkę. Dotykała jej głowy, później przesuwała ręce nad jej biodrami, brzuchem i nogami.
- Jej życiowa energia jest ciągle silna, gdybyśmy zabrali ją do gaju, do miejsca mocy to może...
            - Wiesz, że chrześcijanie potępiają miejsca mocy. Biskup Chrystian mówił, że moc płynąca z kamieni i drzew jest mocą szatana, nawet jeśli czasem uzdrawia i leczy to jednak jest to złe.
            - Matka Ziemia nie jest zła – odpowiedziała staruszka – Przecież drzewa mają w sobie uzdrawiającą moc, dąb, buk, kiedy je przytulasz czujesz się lepiej. Tak samo zioła są darem Matki Ziemi.
            - Biskup mówił, że zioła są dobre ale korzystanie z energii płynącej z drzew, wód i kamieni biskup potępił.
            - Staruszka wiedziała, że nie ma sensu sprzeczać się z Divanem. Po chwili namysłu odrzekła: więc użyję ziół. Podeszła do stołu na którym leżały i nad którym wisiały różnego rodzaju zioła oraz specyfiki. Najpierw nałożę na rany dziewczyny ziołowy balsam; następnie podam jej wywar. 
            -  Divan i Mojmira z uwagą obserwowali staruszkę.
            - Kobieta nagle powiedziała głośno. Nie stójcie tak! Divan wiesz jak wyglądają zioła, uczyłam cię przecież. Biegnij do mojego ogródka za domem, a jak nie znajdziesz to pędź szukać w lesie. Potrzebuję: krwawnika pospolitego, czosnku niedźwiedziego i babkę lancetowatą, bez niej nie wyleczę płuc dziewczyny.
            - No idź już, a Ty zostań tu i mi pomóż.
            - Mojmira dopiero teraz zauważyła, że kobieta cały czas używała mowy Polan.
            - Divan właśnie wybiegł, a Mojmira wykonywała polecenia staruszki.
            - Obmyj jej rany, a ja przygotuję ziołowy balsam.
            - Myślałam, że nie masz wszystkich ziół.
            - Staruszka uśmiechnęła się i powiedziała: mam tu wszystko czego mi potrzeba. Zioła o które go prosiłam zostawię sobie na inną okazję, poza tym w moim ogródku nie ma ziół, które wymieniłam więc będzie musiał iść na poszukiwania do lasu. Zdążymy porozmawiać zanim wróci, nie za często miewam tu gości spoza Prus. Mój dom znajduje się spory kawałek od Lubawy, nie prowadzi tu żadna ze znanych ścieżek. Tylko Divan i kilku miejscowych o mnie pamięta. Przybysze raczej nigdy nie zapuszczą się tu sami. Poza tym duchy mnie ochraniają?
            - Mojmira właśnie skończyła obmywać rany dziewczynki - Jakie duchy?
            - Staruszka mówiła nakładając balsam na obitą głowę: duchy przodków mieszkają w pobliskich drzewach, a leśny duch, opiekun lasu, o imieniu Medinis ochrania mnie, kapłankę wierzącą w starych bogów, wy tak ich nazywacie – starymi bogami. Poza tym pamiętaj, że licho nie śpi.
- Licho – zapytała Mojmira.
- Licho jest słowiańskim demonem, który od dawna mieszka w pruskiej puszczy. Teraz kiedy Słowianie są chrześcijanami i wycinają lasy wielu z ich demonów schroniło się u nas. Licho nigdy nie śpi, zawsze jest gotowy do walki o dobro puszczy.
- Przecież demony są dziełem szatana, podobnie jak pogańska religia. Powiedziała Mojmira.
- Mówisz jak radykalni chrześcijanie, wyznawcy martwego boga, jakiegoś Chrysta wiszącego na krzyżu ale tak do końca nie wyglądasz na jedną z nich. Powinnaś wiedzieć, że nikt nie ma prawa przekreślać całej religii i zmuszać ludzi do odejścia od wierzeń przodków. Ja wolę swoich bogów, drzewa, puszczę, zwierzęta. Bogowie są wszędzie, nawet teraz czuję ich obecność. Musisz być dobrym człowiekiem skoro Medinis, bóg lasu pozwolił ci odnaleźć moją chatę.
- Słyszałam o tym Medinisie, zbrojny w Płocku mi o nim opowiadał to duch lasu, który zabija każdego kto mając wrogie zamiary wchodzi do puszczy.
            - Tak było kiedyś jednak obecnie jego moc osłabła z powodu chrześcijan - odparła staruszka. Ale moja chata dalej jest pod jego ochroną nawet Surwabuno nie wie, że jeszcze tu żyję.
            - Mojmira, zdziwiona zapytała: a dlaczego mi o tym opowiadasz? Nie boisz się, że komuś powiem? Jestem przecież chrześcijanką.
            - Skoro Medinis ci zaufał to i ja ci ufam.
            -  Mówiłam ci, że słyszałam o tym bogu, wiem Mojmiro, że o nim słyszałaś. Powiedział mi o tym.
            - Skąd znasz moje imię? Rozmawiasz z tym bogiem? Dziewczyna zrobiła znak krzyża i zaczęła się rozglądać po chacie.
            - Nie musisz się go bać odrzekła staruszka, on krzywdzi tylko tych, którzy zagrażają naszym wierzeniom, tych którzy chcą mnie skrzywdzić.
            - Ale ja przecież jestem chrześcijanką, zawsze z ojcem w niedzielę uczestniczyłam we Mszy świętej.
            - Wasze msze, chrześcijaństwo, wasz krzyż, pod jego znakiem wprowadzacie swoją religię, niszczycie puszczę, która stała tu od tysięcy lat, niszczycie nasze wierzenia i zabijacie naszych bogów.
            - A wy składacie ofiary z ludzi! Odrzekła nagle Mojmira, czy płocki zbrojny, którego po naszym porwaniu spalono na stosie był czemuś winien? Kto dał wam prawo decydować o życiu i śmierci? Nasz Bóg nie wymaga krwawych ofiar, to Bóg miłości. A puszcza? Czy drzewa są ważniejsze od człowieka? Drzewa, rzeki, kamienie, zwierzęta są Bożym dziełem, dzieło to ma służyć człowiekowi. Wy modlicie się do tego co Bóg stworzył, a powinniście modlić się do Stworzyciela.
       - Ofiary z ludzi są konieczne, nasi bogowie ich od nas wymagają. Tak bardzo wierzysz w swojego Boga...
            - Divan nagle wszedł do środka, przerywając ich rozmowę.
            - Przyniosłem wszystkie zioła.
            - Połóż je na stole, odrzekła pogańska kapłanka.
            - Zostali w domu staruszki na noc, wszyscy spali na podłodze owinięci zwierzęcymi skórami, których kobieta miała dużo w swojej chacie.
            - Ranna dziewczynka w nocy jęczała, zapewne miała koszmarne sny. Starsza kobieta kilka razy wstawała i wkładała jej pod język jakiś dziwny specyfik. Za każdym razem najpierw upewniała się czy Divan śpi tak jakby robiła coś co on by od razu potępił. Później w ciszy staruszka recytowała nad swoją pacjentką jakieś słowa w języku Prusów. Mojmira udawała, że śpi jednak w rzeczywistości obserwowała dziwne zachowanie gospodyni chatki. Ku jej zdziwieniu nad ranem stan dziewczynki się poprawił. Rany przestały krwawić. Kolejna noc była już spokojniejsza, co nie zmienia faktu, że staruszka kontynuowała za plecami Divana swoje tajemnicze zabiegi medyczne.
Dwa dni później, kilka godzin po świcie nieznajoma się obudziła. Najpierw lekko podniosła powieki, następnie zaczęła z lękiem rozglądać się po chacie. Była wyraźnie zdezorientowana, nie wiedziała gdzie jest.          
- Dopiero teraz Divan i Mojmira uświadomili sobie, że jej wygląd jest typowo słowiański, niebieskie oczy, długie za pas włosy o słomianym kolorze, łagodne rysy twarzy, rumiane policzki.
            - Pochodzi z kraju Polan, Rusi albo z kraju Czechów, powiedziała Mojmira - nie odrywając wzroku od twarzy dziewczynki.
           
            Mówili coś do niej, lecz ona milczała.
            - Może nie rozumie naszej mowy? - Dopytywał Divan.
            - Rozumie ale boi się mówić, widziała śmierć swoich rodziców, napadli ich na statku piraci. Powiedziała staruszka, Divana w przeciwieństwie do Mojmiry nie zdziwiły jej słowa.
            - Skoro tak mówisz to zapewne tak właśnie było. Czy możemy ją zabrać ze sobą?
            - Możecie ale nie sadzajcie jej na koniu, zaprzęgnijcie swojego konia do wozu za domem i jedźcie do Lubawy, a potem zabierz dziewczynkę w miejsce w którym będzie mogła wypocząć i nakarm ją. Staruszka wypowiadała te słowa cały czas patrząc na Divana. I jeśli chcesz ją zabrać poza Lubawę to niech leży na wozie, pamiętaj niech nie jedzie konno, bo rany jej się otworzą.
            - Mojmira uśmiechnęła się do dziewczynki, wyciągnęła rękę i ucieszyła się widząc, że dziewczynka ją złapała. Obie wyszły z chaty. Divan miał już iść za nimi, kiedy staruszka nagle się do niego odezwała:
            - Ta dziewczyna, dlaczego nie sprzedałeś jej na targu niewolników? I czemu zaopiekowałeś się tą małą? Czy chrześcijaństwo cię tak zmieniło? Dawny Divan by sprzedał tę zielonooką Mojmirę na targu niewolników, a dziewczynkę pozwolił wikingowi zatłuc na śmierć.
            - Dawny Divan nie potrafił nawet czytać i pisać i jak sama powiedziałaś nie potrafił okazywać litości i współczucia. Czy nie uważasz, że teraz jako chrześcijanin jestem lepszym człowiekiem?
            - Staruszka milczała. Po chwili dodała: Divan puszcza płacze. Oni nie szanują drzew, wycinają je pod budowę ogromnych miast. Myślisz, że Kirwe z gaju w Romowe pozwoli im niszczyć puszczę i naszych bogów?
            -  Divan słysząc przydomek Kirwe poczuł uczucie strachu. Słyszał wiele razy o potężnym wajdelocie, który był dla Prusów kimś kogo chrześcijanie nazwaliby papieżem. Biskup Chrystian nie wierzył, że ktoś taki istnieje, niewielu było takich, którzy twierdzili, że widzieli pruskiego papieża.
            -  Stara kapłanko, czy on naprawdę istnieje?
            - Istnieje i jest potężny, starzy bogowie mu sprzyjają, nauczyli go magii, obdarzyli mocami. Stoi przy nim wielu potężnych rijkasów. Niedługo dojdzie do wojny, czuję, że w Świętym Gaju przy Lubawie wydarzy się coś, co wszystko zmieni. Divan bądź ostrożny lepiej wyjedź z Lubawy jak najszybciej. Udaj się do swojego lauksu. Gród nad Jeziorem Zwiniarz jest potężny w połowie położony na jeziorze. Tam będziecie bezpieczni. Słyszałam, że biskup Chrystian kazał lokować wieś na terenie twojego luksu. Tak więc nawet u ciebie są już domy wyznawców nowej krwi, nowej wiary.
            - Taka jest cena naszego przejścia na chrześcijaństwo - odparł Divan. Biskup Chrystian otrzymał od papieża w Rzymie nasze ziemie. Nazwali te tereny Ziemią Lubawską. My teraz jesteśmy jego sługami. Biskup jednak skupia się na budowie miasta i sprowadzaniu osadników aby zakładali wsie. W moim lauksie stoi już drewniany kościół, a o świętych kamieniach w lesie nikomu nie powiedziałem. Obiecałem ci przecież, że nie powiem o nich nikomu. Jednak w moim grodzie pojawili się już kilka lat temu zbrojni chrześcijanie. Ale całością cały czas zarządzam osobiście.
            - Do czasu Divan, do czasu. Twój biskup teraz zapewnia ciebie i Surwabuno, że możecie pozostać w swoich grodach. Mówi wam, że wy rijkasi będziecie jak książęta u Polan.
            - Surwabuno jest księciem poprawił Divan. Ja służę jemu, a on biskupowi.
            - Twój biskup zapewne jest wściekły po tym jak Prusai czczący starych bogów spalili Płock i wiele wsi. Medinis doniósł mi, że biskup wraca do Lubawy z wieloma chrześcijańskimi wojami. Zapewne wyruszą w głąb puszczy ale najpierw rozprawią się z tymi którzy przeżyli przy Pikowej Górze, w Świętym Gaju w Lobnic [obecnie Łąki Bratiańskie]. Później ruszą spalić Ciemnik i stojący na pobliskiej górze gród [obecnie ruiny zamku w Kurzętniku] w którym mieszka rijkas Doroth.
            - Zapewne tak właśnie będzie z czasem chrześcijanie opanują całą Sasinię - odparł Divan i dodał: dziękuję ci za pomoc kapłanko, masz w sobie dużo dobra. Po tych słowach wyszedł po schodach na zewnątrz.
            - Dużo dobra? Kapłanka po cichu powtórzyła te słowa - wyraźnie się nad czymś zastanawiając. Po chwili spojrzała na krzesło stojące przy stole i zapytała jakby sama siebie: Medinisie czy te dwie są naprawdę tak ważne? Czy przeznaczenie ich obu splata się we wzorze bogów z przeznaczeniem Divana? Skoro tak twierdzisz to proszę ochraniaj tych troje. Chroń ich przed demonami oraz złymi i chciwymi ludźmi, których wielu przybyło razem z chrześcijanami. Medinisie ja już jestem stara, nie jestem tak ważna jak on proszę ochraniaj go. Po chwili krzesło się poruszyło, choć nikt na nim nie siedział. W chacie zrobiło się cicho kobieta powróciła do śpiewu, a szumiący wiatr poruszał drzewami tak jakby las chciał śpiewać razem z nią.

            - Słuchaj śpiewu lasu Mojmiro, wsłuchajcie się wszyscy w śpiew Matki Natury. Musicie zrozumieć, że bez puszczy życie nie ma sensu, życie w ogromnych, brudnych miastach kosztem puszczy nie ma sensu. Opamiętajcie się i powróćcie do starych bogów. Mówiła do siebie staruszka jednak już nikt jej nie usłyszał.


Autor: Tomasz Chełkowski
ziemialubawska885@gmail.com




Wszelkie prawa zastrzeżone
Jeśli chcesz skorzystać z moich materiałów najpierw zapytaj mnie o zgodę ;)
            

piątek, 24 lipca 2015

Ziemia Lubawska zmierzch starych Bogów (ROZDZIAŁ 3 DROGA DO LUBAWY)









ROZDZIAŁ 3

DROGA DO LUBAWY

       
           Wschodzące słońce oświetlało usypaną z ziemi górę, tzw. ziemny nasyp, na którym z drewnianych zgliszczy unosił się dym. Nic nie ocalało z zabudowy grodu. Spłonęły drewniane umocnienia zwane palisadą, wieża obserwacyjna oraz magazyn na broń, spichlerz i pozostałe budynki. Nie tylko Pikowa Góra została spalona. Niewykorzystane maszyny oblężnicze oraz okoliczne gospodarstwa Surwabuno również kazał puścić z dymem. Poza tym w ramach kary za to, że okoliczna ludność się nie poddała i nie przeszła na chrześcijaństwo zniszczono znajdujące w okolicy posągi przedstawiające wizerunki pogańskich bogów [tzw. pruskie baby] oraz zabito lub wzięto do niewoli napotkanych wajdelotów i kapłanki. Wiele osób uciekło w stronę Świętego Gaju nad rzeką Dreuanzą [Drwęcą; dziś Łąki Bratiańskie]. Surwabuno nie kazał ich jednak ścigać i zabronił przedzierać się w pogoni przez puszczę w stronę gaju. Wiedział, że zbyt wielu z jego ludzi zginęło podczas oblężenia i rozumiał, że Święty Gaj znajduje się w granicach innego luksu, w którym są kolejne grody i zapewne wielu wojowników gotowych walczyć aż do śmierci w obronie swoich rodzin i religii.
       Dla Mojmiry był to kolejny poranek na tych pogańskich ziemiach. Dziewczyna nie wiedziała co ją czeka. Z rąk jednych pogan przeszła w niewole kolejnej grupy barbarzyńców. Były co prawda pewne różnice, w grodzie niewolników wykorzystywano do pracy fizycznej, zakuwano w łańcuchy, a na noc zamykano w klatkach. Tych mniej pokornych zabijano lub chłostano albo zakuwano w dyby. Ich nowi właściciele wykorzystywali natomiast same liny, którymi związali wszystkich schwytanych niewolników i ustawili parami jedna za drugą. Mojmira siedziała ze związanymi za plecami rękoma oraz związanymi nogami przy drzewie, przy którym Divan dogaszał ognisko i obserwowała nieszczęśników oraz pruskich wojowników przygotowujących się do podróży. Nie miała jednak powodu do narzekania. Nowy właściciel jeszcze ani razu jej nie uderzył ani nie próbował zgwałcić, co w grodzie było dość częstym zjawiskiem. Sama co prawda nie została zgwałcona ale była za to świadkiem wielu gwałtów na kobietach schwytanych w Płocku. Dziewczyna zauważyła, że najeźdźcy poza końmi, których dosiadało tylko kilkunastu z nich, mieli ze sobą zaledwie kilka wozów wyładowanych nielicznymi łupami.
            Po chwili do Mojmiry podszedł jej nowy właściciel i rozwiązał jej ręce, a następnie skrępował je sznurem ponownie ale z przodu. Później wziął kolejny dłuższy sznurek i przywiązał jeden jego koniec do siodła, a drugi do jej skrępowanych rąk. Dziewczyna wiedziała już co ją czeka. Marsz za koniem swojego nowego pana.

            Divan włożył lewą nogę w strzemię i dosiadał grzbiet Witry. Następnie chwycił prawą ręką wodze i powoli ruszył. Nie miał ze sobą zbyt wiele, nie licząc kilku pergaminów umieszczonych w jednym z tobołków przytwierdzonych do siodła i kolejnego tobołka z jedzeniem.
            - Divanie, jak ci się podoba twoja nowa niewolnica? Prawda, że agresywna? Wiedzieliśmy, że ci się spodoba.
            - Mówiłem, że nie potrzebuję nowych niewolników. W moim lauksie i tak mam ich zbyt wielu.
            - Więc pewnie sprzedasz ją w Lubawie na targu niewolników?
            - A co mam z nią zrobić? Odrzekł Divan. Najlepiej ją sprzedać.
            - Młoda, ładna. Powinieneś dostać za niedobrą cenę. Odpowiedział Graude.
            Mojmira przysłuchiwała się dwóm Prusom ale nie znała ich języka więc nie potrafiła zrozumieć o czym rozmawiają.

            Był już dzień ale mimo tego w wielu miejscach między gąszczem drzew dominowały ciemności. Często było słychać dźwięki zwierząt i trzask gałęzi. Pruska puszcza była przerażająca. Ścieżka, którą właśnie szli była szeroka na dwa konie idące obok siebie. U Prusów nie było czegoś takiego jak szerokie drogi albo ogromne łąki. Wszędzie tylko drzewa i wrażenie, że ciągle ktoś cię obserwuje. Widok po lewej i prawej stronie ścieżki był taki sam, gdzieniegdzie przebijało się światło słoneczne ukazujące bagna i czającą się w oddali dziką zwierzynę. Kto wie jakie potwory i demony się tam znajdują? Dziewczyna wiedziała, że nie ma sensu próbować się uwolnić i uciekać. Próba ucieczki w głąb puszczy dla kogoś, kto nie zna tych terenów nie mogła się skończyć dobrze.
            Nagle pruski wojownik jadący z przodu na białym koniu uniósł dłoń, dając tym gestem znak aby wszyscy się zatrzymali. Mojmira coraz wyraźniej słyszała dobiegający z lewej strony dziwny dźwięk, jakby łoskot i pomrukiwanie. Coraz głośniejszy odgłos szeleszczących liści i pękających gałęzi niewątpliwie oznaczał, że coś dużego przedziera się przez gęstwinę drzew. Prusowie nagle stali się niespokojni, kilku ruszyło na zwiady między drzewa, a pozostali pilnowali łupów i niewolników.

Graude wziął do ręki swój topór i dał znak Gryźlinowi żeby chwycił za łuk i kołczan, które zawsze wozi ze sobą przytwierdzone do siodła. Po chwili obok nich stanął umięśniony Prus o imieniu Stenke, który trzymał swoją włócznię oraz pawęż i czekał na rozwój wydarzeń. Wszystko działo się niezwykle szybko. Zwierzę z ogromnymi rogami, o wiele większe od byka skoczyło na Stenke, który w ostatniej chwili zasłonił swoją klatkę piersiową ogromną tarczą. Pawęż pękła pod naporem ogromnego cielska i rogów, a pruski wojownik został odrzucony kilka metrów w tył. Jego masywne ciało z ogromną siłą uderzyło w drzewo przy którym pozostał leżąc w bezruchu cały we krwi.
Gryźlin widząc rozwój wydarzeń wystrzelił kilka strzał w stronę tura, bo tak zwało się to zwierzę, które wbiły się mocno w jego cielsko. Rozwścieczona, ranna bestia właśnie pędziła w stronę łucznika próbując go nadziać na swoje długie rogi. Nagle z zaskoczenia z krzaków wyskoczył Graude, który zamachnął się swoim toporem szyję tura. W tym samym czasie Gryźlin wpakował w niego jeszcze kilka strzał. Po kilku chwilach ogromna bestia, jedna z największych żyjących w pruskiej puszczy leżała na ziemi między drzewami.
            W tym samym czasie na przedzie pochodu z puszczy wyłoniły się kolejne dzikie bestie. Wszystko wyglądało tak jakby bogowie chcieli ukarać Surwabuno za spalenie Pikowej Góry i walkę z ludźmi starej krwi. Mojmira słyszała liczne opowieści o turach, ogromnych bestiach, z długimi rogami zdolnymi do staranowania każdej przeszkody. Pierwszy raz jednak mogła zobaczyć i to aż dwa okazy tych zwierząt na własne oczy. Wielu opowiadało, że ich ciała ważą tyle co pięciu tęgich mężczyzn.
            - Rozmyślania dziewczyny szybko zostały przerwane poprzez krzyki na tyłach pochodu. Okazało się, ze tam również bestie zaatakowały.
            - Divan natychmiast odciął sznur, którym była przywiązana do siodła, co nie zmieniło faktu, że jej ręce i tak były dalej związane. Miała jednak wolne nogi, a ręce skrępowane z przodu nie utrudniały poruszania się w takim stopniu jak nadgarstki spętane za plecami.
            - Co robimy? Krzyczał Divan jadąc konno w stronę Surwabuno przy którym zebrało się już kilku wojowników.
            - Musimy je wszystkie pozabijać. Coś je spłoszyło. Tury nigdy nie atakują uzbrojonych ludzi poruszających się w tak dużej grupie. Odrzekł przywódca siedzący na swoim białym koniu.
            Na szczęście mocne tarcze oraz liczne włócznie okazały się przydatne w walce. Nie obyło się jednak bez ofiar. Poza Stenke zginęło jeszcze pięciu Prusów oraz dwóch niewolników. Kiedy było już po wszystkim Divan podjechał w miejsce, w którym pozostawił Mojmirę, której nigdzie nie mógł dostrzec.
            -Gdzie ona się podziała? Zastanawiał się po czym dostrzegł świeże ślady wiodące w głąb puszczy.



            - Musisz biec, uciekaj, biegnij… Mojmira pędziła przez puszczę przerażona. Nie pojmowała skąd wzięły się w jej głowie te dziwne głosy. Wiedziała jednak, że musi uciekać. Przedzierała się przez krzaki, na obszarze bagnistym i pełnym dzikiej zwierzyny oraz jak wierzyła pogańskich demonów. Ciemność i jasność były nieodłącznymi elementami obserwowanego przez nią krajobrazu. Kilka razy upadła z powodu ciemności, z kolei w innym miejscu musiała przedzierać się przez gęste krzewy na obszarze, który był częściowo oświetlony przez słoneczne promienie. Głosy stawały się coraz silniejsze. Nagle potknęła się o wystający korzeń i stoczyła z kilkunastometrowego wzniesienia. Z trudem się podniosła i po chwili ponownie upadła z powodu bólu lewej kostki, którą  jak sądziła skręciła. Po chwili zauważyła, że znajduje się w dziwnym miejscu. Była to mała przestrzeń, między drzewami w centrum której znajdował się ogromny kamień swoimi rozmiarami dorównujący turom, które jakąś godzinę temu zaatakowały Prusów zmierzających z niewolnikami w stronę Lubawy.
            Kamień był otoczony przez kilkanaście mniejszych kamieni, które tworzyły krąg oddalony od centralnego kamienia jakieś dwa metry. Ponad to w miejscu tym znajdowały się liczne posągi pruskich bóstw, które Mojmira widziała często podczas niewoli w Pikowej Górze. Stały tam również posągi przedstawiające wizerunki wojowników trzymających miecz oraz takich z włócznią i pawężem. Dziewczyna była pod wrażeniem tego tajemniczego miejsca. Nie docierały tu odgłosy puszczy, tak jakby w pobliżu nie czaiły się żadne zwierzęta.
            - Gdzie ja jestem? W głowie jej szumiało, ręce dalej miała związane z przodu, jednak najgorszy był ból lewej nogi, którą zahaczyła o korzeń. Mimo tych trudności usłuchała głosów w swojej głowie i doczołgała się do stojącego w środku ogromnego kamienia. Po czym zemdlała.
            - Czy to sen? Mojmira niby znajdowała się w tym samym miejscu ale jakby na jawie, tak jakby obserwowała wydarzenia z przeszłości. Przy każdym z mniejszych kamieni znajdowały się kobiety w kapturach, a przy największym kamieniu dwóch zakapturzonych mężczyzn trzymających pochodnie. Obok nich znajdował się ołtarz, którego prędzej nie dostrzegła. Na ołtarzu płonął ogień, który zgromadzeni traktowali z wielką czcią.
Po chwili oczom Mojmiry ukazał się widok gospodarstw rozsianych po puszczy oraz drewniane grody. Widziała bawiące się dzieci oraz kapłanów modlących się przy starych drzewach. Widziała różne pruskie plemiona, które wyznają podobną religię i czczą tych samych bogów. Nagle ponownie usłyszała tajemnicze kobiece głosy:
            - Tak było dawniej dziecię starej krwi. Rzekł jeden głos.
            - Tak jest obecnie ale już nie wszędzie dziecię starej krwi. Powiedział drugi głos.
            - Kim jesteście? Co to jest dziecię starej krwi?
            - Ty jesteś dzieckiem starej krwi. Naszej krwi. Odrzekł trzeci głos.
            - Ja urodziłam się na ziemi Polan, jestem chrześcijanką odrzekła Mojmira.
            - Jesteś jedną z nas dziecię starej krwi. Twoja matka też była jedną z nas.
            - Moja matka pochodziła z Płocka była chrześcijanką. Mojmira krzyczała, wstrząśnięta i przerażona tym co się działo dookoła niej.
            - Chrześcijanie zabili twoją matkę. Dla nich tacy jak my są złem, demonami. Chrześcijanie odrzucają magię jako złą, każde bóstwo jest dla nich złym demonem. Chrześcijanie niszczą puszczę i zabijają tych, którzy nie chcą modlić się do ich boga.
- Chrześcijanie są dobrzy. Nasz bóg jest prawdziwy. Odrzekła Mojmira.
- Dziecię starej krwi my też jesteśmy prawdziwi, puszcza daje nam moc dlatego wyznawcy krzyża tak ją niszczą.
- Zabijają tych, którzy modlą się w Świętych Gajach. Rzekł jeden z głosów.
- Prześladują tych, którzy czczą wieczny ogień. Dodał drugi głos.
- Chrześcijanie są złem, wyznawcami boga z oddali, który sieje zniszczenie. Dodał kolejny głos.
- Chrześcijanie chcą żeby poganie przyjęli chrzest i zostali zbawieni. Dodała Mojmira.
- Dziecię co sądzisz o mieszkańcach miast Polan? Tych co odrzucili starych bogów i za sprawą zdrajcy o imieniu Dagome przyjęli nową religię. Dagome po chrzcie nazwali Mieszkiem. Oni to odeszli od swoich bogów i przyjęli chrzest. Dziecię, czy uważasz, że wyznawana przez nich religia jest sprawiedliwa?
- Myśli w głowie Mojmiry wirowały. Cierpienie, które widziała w tylu chrześcijańskich miastach we Francji, Włoszech i Polsce. Nawet to co widziała w Płocku kara śmierci i osoby zakute w dyby. Wszystko przelatywało jej przed oczyma. W duszy wiedziała, że w krajach chrześcijańskich religijność jest powierzchowna. Wszystko tam sprowadza się do chodzenia do kościoła, a moralnością i ewangelią niewielu się przejmuje. Niewolnictwo, tortury, kary śmierci i domy publiczne są tam czymś normalnym.
- Dziecko widzimy i słyszymy twoje myśli, widzimy twoje wspomnienia. Tyś jest dziecię starej krwi, jesteś nasza, nie ich. Czy pozwolisz im zniszczyć swój dom? Czy pozwolisz im zgładzić puszczę, a wraz z nią twoich pruskich braci?
- Ziarno niepewności zostało zasiane. Odrzekł pierwszy głos.
- Naiwność i chrześcijańskie kłamstwa zostały przełamane. Dodał drugi głos.
- Prawdę musisz odnaleźć sama. Dodał trzeci głos.
- A teraz obudź się dziecię starej krwi…


            - Ciesz się, że poszedłem w głąb puszczy za twoimi śladami i cię znalazłem. Gdyby nie ja już byś pewnie była martwa, rozszarpana przez wilki. Mojmira spojrzała na nogę, którą pokrywała jakaś ziołowa papka, a następnie zerknęła na Divana.
            - Dlaczego mnie szukałeś?
            - Niewolnicy są cenni - odrzekł, a zwłaszcza młode dziewczyny prezentują dużą wartość. Dodał. Po czym pomógł jej wsiąść na swojego konia, który na szczęście nie ucierpiał podczas niespodziewanego ataku.
            - Mojmira zrobiła smutną minę i już o nic nie pytała.
- Po chwili dosiadała grzbiet Witry, konia należącego do Divana. Ręce miała cały czas związane z przodu. Divan usiadł za nią, a następnie objął ją rękoma, aby uchwycić końskie wodze.
- Surwabuno kazał załadować ciała poległych Prusów na wozy, a ciała martwych niewolników rozkazał spalić. Następnie wszyscy ruszyli w dalszą drogę.
            - Divanie, dlaczego twoja niewolnica nie idzie pieszo, tak jak pozostali jeńcy?
            - Pytanie zadane przez Graudego w języku pruskim, wprawiło Divana w zakłopotanie. W duszy sam się zastanawiał dlaczego nie każe jej iść kulejącej pieszo. Nowo schwytani niewolnicy nie zasługiwali na wygody, kiedyś, kiedy jeszcze wyznawaliśmy starą wiarę składaliśmy po każdej bitwie jednego z jeńców bogom w ofierze. Divan po krótkim namyśle odpowiedział w pruskiej mowie: ta kobieta kuleje, została ranna podczas ataku, teraz ledwo chodzi. Boję się, że będzie nas spowalniała. Chciałbym ją jak najszybciej sprzedać.
            - No cóż opóźnienie podróży z powodu kobiety nie byłoby miłe. Chcę jak najprędzej dotrzeć do swojego lauksu i napić się kumysu.
            - O tak kumys, odparł Divan, ja też dziś się upiję. Po wypowiedzeniu tych słów zaczął ponownie się zastanawiać nad swoim zachowaniem. Dlaczego tak dbam o tę dziewczynę? Dlaczego jej tam nie zostawiłem? Przecież i tak sprzedam ją w Lubawie na targu niewolników. A może zostawię ją dla siebie? Wtedy czekałby ją los służącej, będzie musiała pracować w moich włościach. Po wielu latach prawdopodobnie tak jak inni niewolnicy przyzwyczai się do naszego stylu życia i stanie się jedną z nas. Tak najczęściej bywało. Choć zdarzały się sytuacje, które wymagały zabicia sprawiającego ciągłe problemy niewolnika, który nie chciał zaakceptować swojego losu, często uciekał albo gardził naszymi wierzeniami. Po chwili jego rozmyślania przeniosły się na bardziej miłe wspomnienia o domu, którego nie widział od kilku tygodni. Doszedł do wniosku, że zaraz po powrocie rozkaże przygotować dla siebie ucztę, na której będzie pił kumys i jadł zwierzynę upolowaną przez służbę.  

[          Średniowieczni Prusowie pili najczęściej dwa rodzaje trunków kumys i miód. Ten pierwszy był dostępny tylko dla nobilów, rijkasów, elity oraz najbardziej zamożnych wojowników. Miód był natomiast przeznaczony dla pospólstwa i niewolników. ]

            - Ta puszcza jest straszna. Drzew, jezior i bagien jest tu o wiele więcej niż na Mazowszu i w innych krainach Polan. Dlaczego ojciec uparł się na podróż w stronę Michałowa i nocleg w wiejskiej karczmie? Dlaczego mnie to wszystko spotyka? - rozmyślała Mojmira. Ludzie mówili nam, że puszcza Prusów jest opanowana przez złe duchy, że tylko nieliczni próbują się przez nią przedrzeć i wkroczyć na ziemie pogan. Nawet nie rozumiem ich języka! To takie irytujące! Ten Prus jest pierwszym, który zrozumiał moją mowę. Ciekawe, czy mnie zabije?
            Dziewczyna rozejrzała się dookoła, dwóch wojowników jechało za nimi konno w dość dużej odległości, na samym końcu konnej drużyny ciągnięto na linach związanych niewolników.
            - Dlaczego ja nie jestem razem z nimi, tylko jadę na koniu razem z tym Prusem? Dopiero teraz oszołomiona, zadała sobie to pytanie. Po chwili zaczęła się dalej rozglądać. Jeden z dwóch jadących za nimi, na czarnym koniu z ciemną grzywą, potężnie zbudowany wojownik uzbrojony we włócznię, na plecach miał przyczepioną tarczę - pawęż, pomyślała. Są takie same jak te, które sprzedawaliśmy. Poznała go od razu. To on schwytał ją w grodzie i obezwładnił kiedy się broniła, a potem przyprowadził do Divana. Obok niego jechał wyższy i o wiele lepiej zbudowany, ubrany w zwierzęcą skórę wojownik z ogromnym toporem przypiętym do pasa. Dziewczyna nie potrafiła sobie przypomnieć, czy widziała kogoś jeszcze kto by władał toporem pozostali mieli włócznie i tarcze z umbem lub bez. Niektórzy byli uzbrojeni w miecze. Najbardziej okazale wyglądał jednak wojownik jadący z przodu na białym koniu.
[ Mojmira nie wiedziała wówczas, że białe konie miały dla Prusów szczególne znaczenie i dosiadały je tylko osoby o wysokim statusie. ] Jeździec ten był trochę podobny do rycerzy, których poprzedniej wiosny widziała z ojcem podczas podróży po krainie Ślężan. Swoim uzbrojeniem wyróżniał się spośród wszystkich Prusów, których spotkała do tej pory. Największą zagadką było dla niej uzbrojenie wojownika.

            Tym jeźdźcem był oczywiście Surwabuno. Jako jedyny nosił on dużą tarczę o migdałowym kształcie, która w pozycji stojącej jest w stanie osłonić jego ciało od szyi do stóp. Obecnie tarcza założona na plecy była pokryta krwią. - Czy jest to krew obrońców Pikowej Góry, a może to krew tych dziwnych zwierząt, które nas zaatakowały? Zastanawiała się.

[ Tarcze tego typu pochodziły z Normandii, wyrabiano je z drewna i obciągano utwardzaną skórą. Były one przeznaczone do walki na grzbiecie konia, choć wykorzystywała je też piechota. ]

Mojmira zauważyła, że umb na tarczy rijkasa jest pokryty tajemniczymi znakami. Duże wrażenie zrobił na niej jego ogromny miecz. Dziewczyna nie wiedziała, że miecz i tarcze Surwabuno kupił od wikingów na "Froum lubovie" (targu w Lubawie). Surwabuno był odziany w kolczugę z kapturem, która chroniła jego ciało przed uderzeniami mieczem i ataki sztyletem, jakich mogli ewentualnie próbować dokonać, skrytobójcy wysyłani przez jego wrogów pragnących pozostać przy starej religii. Dodatkowo jego głowę osłaniał stożkowaty szyszak.
            - Kim jest ten wojownik jadący przed nami? Zapytała bez zastanowienia Divana?
            - To Surwabuno, nasz przywódca, pan grodu Lubawa, pod jego rozkazami służy wielu sławnych Prusów, nawet tacy, którzy kiedyś byli jego wrogami.
            - Więc to jest przywódca - pomyślała.
            - Nasz pan przyjął chrzest z rąk biskupa Chrystiana i udał się kilka lat temu do papieża do Rzymu. Byłem tam razem z nim - dodał z dumą Divan.
            - Ostatnie słowa wywarły na dziewczynie ogromne wrażenie. Przecież to kraj barbarzyńców składających ofiary z ludzi! Nie wiedzą czym jest piwo i modlą się do drzew, zabili wielu misjonarzy próbujących ich nawrócić. barbarzyńcami nazywają ich w Płocku i na całym Mazowszu, nawet w Krakowie, mówią o nich barbarzyńcy z północy.  Papież, Rzym mierzenie czasu w latach? Przecież ojciec opowiadał mi, że Prusowie liczą czas od jednych plonów do drugich. Skąd oni wiedzą kim jest biskup i papież? Nagle uświadomiła sobie, że wypowiadała głośno te słowa i zrobiła się blada - zabiją mnie, za to co powiedziałam, pomyślała.
            - Divan, który cały czas obejmował ją rękoma trzymając lejce swojego gniadego konia milczał. Czy to już mój koniec? Ci dwaj jeźdźcy jadący za nami na pewno słyszeli moje słowa. Boże ja tu zginę! Negatywne myśli w jej głowie były tak intensywne, a jej skóra blada, związane z przodu ręce trzęsły się ze strachu. Nagle usłyszała głos Prusa, który do tej pory jechał za nimi. Był to ten duży wojownik, z toporem. Podjechał na swoim czarnym koniu, którego głowa zrównała się z grzywą karego konia, dosiadanego przez nią i tajemniczego Prusa, Divana.
            - Graude, czego chcesz?
            - Divan, co mówiła ta kobieta? Nie słyszałem zbyt dokładnie jej słów.

            Jej słowa, choć wypowiedziane na głos, nie były wyraźnie słyszane przez osoby jadące za nimi, odstęp między koniem dosiadanym przez Mojmirę i Divana, a jeźdźcami jadącymi z tyłu był dość znaczny. Co innego Surwabuno, który jechał dosłownie kilka łokci przed nimi. On musiał słyszeć wszystko, jednak mimo tego milczał.
             Divan jako przyjaciel rijkasa z Lubawy zawsze jechał zaraz za nim albo obok niego. Poza tym gęste puszcze i wąskie ścieżki uniemożliwiały, więcej niż dwóm jeźdźcom, jazdę obok siebie. Pozostali członkowie drużyny Surwabuno jechali najczęściej parami jeden za drugim. Za nimi na wąskiej ścieżce wiodącej przez gęstą puszczę, pieszo szli schwytani po bitwie pod Pikową Górą niewolnicy i zwyczajni wojownicy, ubrani w skóry zwierząt i uzbrojeni we włócznie, niektórzy mieli miecze, nieliczni miecz i drewnianą tarczę.
            - Ona się odwróciła - mówił Divan - spojrzała na ciebie i powiedziała w języku Polan, że ten duży wojownik z toporem musi być naszym przywódcą. Jest największy, ma największego konia i wygląda na najsilniejszego. Mówiąc to Divan nie ukrywał śmiechu, śmiał się bardzo głośno.
            - Graude również zaczął się śmiać, zerkając kontem oka na jeźdźca jadącego z przodu na białym koniu. On jednak się nie śmiał, nawet nie odwrócił głowy - choć było wiadomo, że wszystko słyszał.
            - Graude, jak ona mogła pomylić cię z naszym władcą? Dodał śmiejąc się Divan, pozostali, z wyjątkiem Surwabuno też się śmiali.
            - Po chwili Divan, delikatnie ścisnął piętami boki Witry, który podjechał do jeźdźca jadącego z przodu na białym koniu.
            - Następnie pierwszy przemówił: słyszałeś to co ona mówiła? Ukarzesz ją?

               Mojmira cały czas była przerażona. Dlaczego oni się śmiali? Nagle spostrzegła, że zbliżają się do jeźdźca, o którego prędzej pytała. Divan przemówił, a ona zamarła. Mówi w języku, który rozumiem - pomyślała - O co chodzi z karaniem mnie? Boże złożą mnie bogom w ofierze! Nagle, po raz kolejny uświadomiła sobie, że swoje myśli wypowiedziała głośno.

            Surwabuno po raz pierwszy odwrócił głowę, spojrzał w jej zielone oczy, patrzył długo zanim przemówił.
            - Dużo mówisz, odważna jesteś.
            - Dziewczyna znowu zbladła.
            - Minęło wiele wiosen odkąd ostatni raz kazałem złożyć ofiarę z człowieka. Wiesz?
- Ci, z którymi walczyliśmy przy Pikowej Górze wierzą, że bogowie cieszą się ze składanych im ofiar. A ty jak uważasz?
- Po ataku na Płock i okoliczne wsie widziałam jak żywcem spalili człowieka. Zapewne to była ofiara dla bogów.
- Masz rację. Odrzekł Surwabuno. Oni dalej wierzą, że takie ofiary mają sens. Ofiary z ludzi, zwierząt i pokarmów. Kościół to wszystko nazywa pogaństwem, za którym stoi szatan.
- Twoja mowa faktycznie jest podobna do tej z kraju Mieszka. Nagle Surwabuno zmienił temat co wyraźnie zaskoczyło Mojmirę.
- W ciągu tego samego dnia ponownie słyszę o Mieszku najpierw te dziwne głosy, a teraz on. Pomyślała.
- Mieszko nawrócił Słowian na chrześcijaństwo. Jako poganin miał na imię Dagome.
- Surwabuno i Divan byli wyraźnie zaskoczeni wiedzą schwytanej niewolnicy. Która mówiła dalej:
            - Ojciec opowiadał mi kiedyś, że Mieszko przyjął chrzest i nawrócił Słowian na wiarę w jednego Boga. Mówił, że teraz jest lepiej, że starzy bogowie wymagali krwawych ofiar. Ojciec często wspominał, że Mieszko był wielkim władcą i dzięki niemu zaczęli pojawiać się liczni kupcy, przybywający z kraju Czecha. Nasi kupcy też mogli tam podróżować i sprzedawać swoje towary. Poza tym dzięki nowej religii pojawili się liczni duchowni potrafiący czytać i pisać.
            - Divan słysząc wzmiankę o pisaniu i czytaniu, wyprostował się dumnie w siodle.
            - Divan też to umie. Potrafi czytać i pisać tak jak duchowni, zna też wiele języków Polan.
            - Słysząc te słowa Mojmira spojrzała na Divana tak jak jeszcze nigdy przedtem.
            - Czy w jej oczach to był podziw? Pomyślał Divan. Co ta kobieta sobie myśli! Przecież ona jest niewolnicą!
            - Surwabuno kontynuował swój wywód: jedne z twoich słów brzmią tak jak w kraju Ślężan, a inne są podobne do tych z Gniezna albo Płocka. Podczas podróży do Rzymu i w drodze powrotnej odwiedziłem wiele waszych miast, Kraków, Płock, Gniezno. Słyszałem waszą mowę, Polanie na południu mówią inaczej niż ci z północy. A Ty mówisz tak jak kupcy, którzy przez całe życie podróżują po różnych krainach i sprzedają swoje towary. U nas w Lubawie do niedawna ludzie nie wiedzieli czym są miasta, z osób tu obecnych tylko ja i Divan je widzieliśmy. Lubawa będzie pierwszym miastem w Prusach. Od kiedy przyjęliśmy chrzest do mojego grodu przybyło wielu kupców oraz osadników z kraju Polan. Chciałbym żeby Lubawa stała się tak duża jak Gniezno. 
            - Chrzest? - zapytała.
            - Tak kilka lat temu przybył do nas biskup Chrystian i przyniósł nam nową wiarę. Kiedy zobaczył naszą siłę stwierdził, że powinniśmy zostać ochrzczeni przez władcę chrześcijan zwanego papieżem. W 1216 roku biskup Chrystian udał się z nami do Rzymu, gdzie papież Innocenty III nadał mi imię Paweł, a Warpodzie, mojemu przyjacielowi, potężnemu rijkasowi, który również przyjął chrzest nadał imię Filip. Papież ochrzcił mnie i członków mojej drużyny. Po powrocie biskup Chrystian ochrzcił też innych rijkasów i wielu zwykłych Prusów. Kiedyś na Ziemi Sasinów było nas wielu, obecnie ja władam prawie całym terytorium.
            - Nagle Mojmira zapytała. Skoro przyjąłeś chrzest, czy to oznacza, że nie złożysz mnie w ofierze?
            - Surwabuno zaśmiał się głośno. I dodał po chwili: ja nie złożę cię w ofierze ale jesteś niewolnicą Divana, a on nie jest tak dobry jak ja.
            Surwabuno i Divan zaśmiali się głośno.
            - Mojmira, znowu zbladła ze strachu. Co się ze mną stanie? - pomyślała, tym razem już bez wypowiadania słów.
            - Przez dalsza drogę dziewczyna postanowiła, że już nie będzie nic mówiła.
            - Krótko po rozmowie do jej uszu zaczęły dolatywać dźwięki śpiewu. Słowa wydobywające się z ust Prusów były dla niej niezrozumiałe, jednak śpiewali wszyscy, łącznie z Divanem i Surwabuno.
            Dziewczyna wiedziała, że z czasem zrozumie pruską mowę. Zawsze tak było, w krainie Czechów, na Rusi, u Ślężan, gdziekolwiek nie pojechała z ojcem handlować towarami, zawsze po kilku tygodniach zaczynała rozumieć obcą mowę. Ojciec powiedział jej kiedyś, że to rzadki dar, którym Bóg obdarza tylko nielicznych. Najczęściej obdarzonymi są kupcy, którzy muszą podróżować, nie tylko między wsiami i miastami ale też między całymi krainami, księstwami, a czasem nawet królestwami.
            - SENDÎNGTWEI (...) KWAITÎSNA, EBWARÎTUN, GIRSNA. Pojedyncze słowa pieśni wpadały do jej uszu. Ciekawe co oznaczają?
            Długo tak jechali i śpiewali, w końcu Prusowie w wielu krainach, nawet u Wikingów, byli znani ze swojego zamiłowania do śpiewu. Wszyscy, którzy kiedykolwiek odwiedzili jakieś z pruskich plemion, Sasinów, Galindów, Pomezan, Pogezan, Warmów, Natangów, Sambów, plemiona zamieszkujące Barcję albo Nadrowię,  wiedzieli, że łączą ich wszystkich wspólne cechy: waleczność i gościnność. Wiedzieli również, że wszystkie pruskie plemiona są niezwykle rozśpiewane i roztańczone. Prusowie kochali śpiew, śpiewali przy każdej okazji, pracując, idąc na wojnę, śpiewali w domu, w polu, w lesie, w okresie wielkiej radości i w czasie wielkiego smutku. Można rzec, że śpiew był nieodłącznym towarzyszem życia każdego Prusa.
            - Mojmira dała się zaczarować słowom płynącym z pruskich gardeł. Poczuła jak ogarnia ją spokój, strach odszedł gdzieś, jej serce przestało bić jak szalone, uspokoiła się. Jechała z zamkniętymi oczyma, słuchając pruskich pieśni.

            Minęło już wiele godzin odkąd opuścili Pikową Górę. Podróż przez wąskie ścieżki ukryte w gąszczu puszczy nie należała do łatwych. Podróżnicy, którzy zapuszczali się bez przewodników do Prus często tonęli w bagnach bądź padali ofiarą dzikiej zwierzyny. Ci którzy mieli wrogie zamiary byli prześladowani i czasem zabijani przez Medinisa, pruskiego leśnego ducha.  Medinis potrafił sprawić, że podróżnik gubił się lub ginął wśród prastarej kniei, wypełnionej sosnami, modrzewiami, świerkami, cisami, dębami, lipami, bukami i brzozami.

             Gród zwany Pikową Górą upadł w nocy, a o świcie wszyscy wyruszyli w stronę Lubawy oddalonej o jakieś 15 km w kierunku północno-wschodnim. Gdyby nie atak dzikich bestii oraz naturalne przeszkody w postaci puszczy, bagien oraz licznych jezior podróż trwałby o wiele krócej. Jednak trzeba było poruszać się krętymi ścieżkami, niektóre były wąskie. Puszcza wydawała się być gęsta i przepełniona niebezpieczeństwami czychajacymi na podróżników nie znających tutejszych szlaków. Wiele dróżek prowadziło do nikąd, niektóre mogły doprowadzić wprost do bagna, ruchomych piasków albo legowiska wilków.

            [ Teren którym podróżują bohaterowie powieści w czasach nam współczesnych należy do południowo-zachodniej części województwa warmińsko-mazurskiego. Wyobraź sobie czytelniku, że przenosisz się w czasie do pierwszej połowy wieku XIII, do czasów Surwabuno, Divana i Mojmiry. Na próżno mógłbyś się rozglądać za asfaltowymi ulicami, droga krajowa nr 15 prowadząca do Lubawy nie istnieje, na jej miejscu znajduje się bujna roślinność, bagna, drzewa i jeziora, których kiedyś było o wiele więcej niż dziś. Ścieżki i skróty które znasz powstaną za kilkaset lat. Tam gdzie dziś są pola kiedyś znajdowały się drogi, w miejscu w którym dziś rośnie las kiedyś mogło stać potężne grodzisko, a w jego pobliżu pruskie chaty i pola uprawne. Dlatego warto rozglądać się chodząc po polu albo po lesie. Jeśli dostrzeżesz kamień z tajemniczymi wgłębieniami albo znakami, gdzieś w środku lasu, odkopiesz taki kamień na polu, to wiedz czytelniku, że może to być stary pogański kamień ofiarny (z wgłębieniem) albo kamień graniczny (tajemnicze znaki) oddzielający jeden pruski lauks (pole, "wieś") od drugiego. Mniej też świadomość, że akcja powieści rozgrywa się w czasach, w których Nowe Miasto Lubawskie, Kurzętnik i Lidzbark Welski nie istnieją, zostaną zbudowane dopiero w kolejnym wieku. W ich miejscu może mieszkali wówczas jacyś Prusowie, a może znajdowały się same bagna. Któż to wie?
            Gęsta prastara dziewicza puszcza pokrywała nie tylko Ziemię Sasinów, na której rozgrywa się akcja powieści, ale całe Prusai (Prusy) aż po rzekę Pregołę i Niemen (obwód kaliningradzki). Było to królestwo roślin, zwierząt, obszar na którym królowała natura i współżyjący z nią na dobre i złe Prusowie. Prastara dziewicza puszcza, warstwa torfowisk, moczarów, bagnisk i mokradeł. Kraina połyskująca lustrem niezliczonych rozlewisk i jezior, które znamy dzisiaj pod takimi nazwami jak: Jezioro Skarlińskie, Jezioro Partęczyny Wielkie, Jezioro Grądy, Jezioro Tarczyńskie, Jezioro Rubkowo, Jezioro Zwiniarz i wiele innych.
            Czytelniku powinieneś jeszcze mieć świadomość tego, czego współcześni mieszkańcy Ziemi Lubawskiej (zachodnia część dawnej Ziemi Sasinów) nie uważają za wyjątkowe ponieważ jest to ich codziennością i się do tego widoku przyzwyczaili. Otóż jadąc z Brodnicy, dawnej Ziemi Michałowskiej, drogą krajową nr 15 do Nowego Miasta Lubawskiego i Lubawy po chwili dostrzeżesz liczne wzniesienia, pagórki małe i całkiem wysokie góry. Tak czytelniku, twoje domysły są słuszne, nie dość, że opisywaną krainę pokrywała bujna roślinność i gęsta puszcza to jeszcze był (i dalej jest) to obszar górzysty, z licznymi dolinami. Tysiące polodowcowych wzniesień, charakterystycznych dla obszarów górskich, mnogość rzecznych dolin, musisz to wszystko uwzględnić czytając o przygodach Divana i Mojmiry.
            Niezwykle gęsta puszcza była dla Prusów naturalnym "murem" obronnym, była to naturalna zapora, która od południa i zachodu oddzielała Ziemię Sasinów od chrześcijan żyjących na Ziemi Chełmińskiej i Ziemi Dobrzyńskiej, w której od XI wieku głównym centrum był gród (potem osada i miasto) Dobrzyń. Puszcze i bagna ochraniały też przed niebezpieczeństwem płynącym z Mazowsza, na którym już od X wieku głównym ośrodkiem miejskim był Płock. Z tych trzech regionów od setek lat przybywali Polanie, dawniej Słowianie, którzy w 966 roku dzięki Mieszkowi, zwanemu też Dagome, przyjęli chrzest. Od tamtej pory chcieli oni zaszczepić swoją nową wiarę u Prusów. Ziemię Sasinów najeżdżali synowie i następcy Mieszka. Bolesław nazwany Chrobrym dotarł nawet do rzeki Osy, która stanowiła granicę za którą żyły pruskie (sasińskie) plemiona. Bardzo dotkliwe były najazdy Bolesława po śmierci nazwanego Krzywoustym, który władał Polanami w latach 1102-1138. Prusowie nie pozostawali dłużni i organizowali liczne ataki odwetowe na ziemie chrześcijan. Obie strony plądrowały domostwa nieprzyjaciela, gromadziły liczne skarby i brały w niewolę mężczyzn, kobiety oraz dzieci. Nie można jednych nazwać dobrymi, a drugich złymi. Obie strony chciały zdobyć liczne łupy, obie strony zabijały i brały w niewolę. ]

            - Śpiew nagle ustał, co natychmiast zwróciło uwagę Mojmiry. Nagle zauważyła, że puszcza się kończy. Po chwili stali już na otwartym polu. Spod Pikowej Góry wyruszyli o świcie, po kilku godzinach jazdy był środek dnia, a słońce na bezchmurnym letnim niebie oświetlało dolinę.
            - Co tu się dzieje? Pomyślała Mojmira. Jej oczom nagle ukazał się niespodziewany widok. Ogromny obszar, na którym wycięto drzewa. Ze wzgórza na którym stali dziewczyna wszystko widziała doskonale. Jedna mała rzeczka płynęła sobie spokojnie od zachodu. Od wschodu natomiast dostrzegła dwie kolejne rzeki. Widok zapierał dech w piersiach. Oni budują miasto! Ta myśl jako pierwsza przyszła jej do głowy. Wszędzie kręciło się wiele osób, stały rusztowania, można było dostrzec licznych budowlańców. Ze wzgórza dostrzegła gród, większy od tego w którym była więziona. Na wschód od niego, w widłach dwóch rzek [Sandeli i Jesionki] wznoszono duży, drewniany zamek. Jednak największe wrażenie robił ogromny plac budowy znajdujący się pomiędzy grodem i budowanym zamkiem.  Od razu domyśliła się, że jest tam budowane coś większego niż gród, czy zamek. Tam wznoszono miasto!
            Na niektórych z wydzielonych pod zabudowę działek ludzie wznosili drewniane budynki. Na innych działkach stały już w pełni ukończone, drewniane, kryte strzechą lub dachówką, karczmy, warsztaty rzemieślnicze, kramy kupieckie, domy mieszkalne. W centrum miasta kończono zakładanie dachówek na dachu drewnianego kościoła. Więcej szczęścia miał budynek ratusza i szkoły parafialnej, przy kościele, których budowa się już zakończyła. Naokoło miasta jacyś ludzie wznosili drewniane umocnienia, jeszcze inni kopali wzdłuż tych umocnień głęboki rów - to będzie fosa, pomyślała. Przy budowanym kościele znajdował targ, a na nim kramy kupieckie,  wielu kupców i rzemieślników sprzedawało tam swoje wyroby.
            - Mojmira ze wzgórza dostrzegła też liczne wozy kupieckie. Targ, gród, miasto i zamek w jednym miejscu. Nie spodziewała się, że w kraju Prusów, nazywanych barbarzyńcami zaskoczy ją taki widok!
            Jeździec siedzący za jej plecami popędził konia naprzód, tak aby inni nie usłyszeli jego słów. Następnie zapytał:
            - Dalej masz nas za barbarzyńców?
            - Nie, już tak nie uważam.
            - Kiedyś faktycznie mogliście nas tak postrzegać. Jednak teraz jesteśmy inni. Siedem lat temu znajdował się w tym miejscu tylko gród, który stąd widać. Poza tym wszędzie były drzewa i kilka gospodarstw, które my Prusowie nazywamy kaym. Wszystko zmieniło się w dniu, w którym pojawił się tu biskup Chrystian, wówczas jeszcze nie był biskupem, lecz zwykłym misjonarzem. Przybył do grodu Surwabuny - wskazał ręką na gród stojący w oddali - w bogato wyglądającym stroju, z licznymi sługami oraz uzbrojonymi wojownikami. Przybyli jak jacyś bogowie. Misjonarz Chrystian zrobił wrażenie na naszym władcy, który postanowił ugościć tajemniczego przybysza.
            - Chrystian znał naszą mowę, twierdził, że jesteśmy słabi. "Jest was za mało, żyjecie w trudnych warunkach, na brzegach morza, na północy jest wiele bogactw oraz bursztyn, którego wszyscy pragną. Na wasze nieszczęście tędy wiodą na północ stare rzymskie szlaki bursztynowe. Wasze ziemie leżą zbyt blisko Mazowsza i Ziemi Chełmińskiej. Puszcze nie będą was wiecznie chroniły. Lecz jeśli teraz przyjmiecie naszą wiarę i dacie się ochrzcić to Polanie przestaną was nękać i przybędą tu jeśli znajdziecie się w niebezpieczeństwie". Minęło wiele dni, odbyto dziesiątki rozmów. Surwabuno długo się zastanawiał, czy odstąpić od starych bogów. Wajdelota z lipowego Świętego Gaju, który jest niedaleko był oburzony i namawiał do wypędzenia przybyszów.
            - Divan dalej kontynuował swoją opowieść: Surwabuno chciał chyba posłuchać rad naszego wajdeloty, kiedy nagle biskup Chrystian powiedział: "Możesz zostać dla Sasinów tym, kim Mieszko był dla Polan".
            - I jak Surwabuno na to zareagował? Dopytała zaciekawiona Mojmira.
            - Najpierw zapytał kim był Mieszko. Na co Chrystian odpowiedział mu, że był to władca plemienia Polan, który pod znakiem krzyża zjednoczył pozostałe plemiona, stawił opór wielu wrogom, zbudował liczne miasta, sprawił, że Polanie stali się silni. Krzyż pokonał dawne słowiańskie bóstwa, a plemiona się zjednoczyły akceptując Mieszka jako jedynego przywódcę. Pamiętam, że Surwabuno słuchał opowieści z ciekawością. Później Chrystian dodał: "ty też możesz być taki jak Mieszko, zjednocz Sasinów wprowadzając naszą religię. Z Chrystusem dasz radę. Zostań władcą wszystkich grodów, od rzeki Osy, aż po wschodnie granice Sasini. Może nawet Twoja władza na wschodzie sięgnie aż po Galindię. Kto wie? Z krzyżem osiągniesz wiele. Będziesz jak książęta i królowie, na pewno słyszałeś o królach".
            - Mojmira, zafascynowana zapytała. I Surwabuno się zgodził, prawda? Pragnie opanować jak najwięcej grodów i nakłonić wszystkich do nowej wiary?
            - Jest tak jak mówisz Mojmiro. A ja go w tym wspieram i utwierdzam. Zobacz ile dobra przyszło razem z Chrystianem. Nie prowadzimy już krwawych bitw z chrześcijanami, oni nie atakują nas, a my nie atakujemy ich. Tylko nieliczni trwają przy dawnych wierzeniach i czasem prowokują Polan. Ale już niedługo ich wszystkich przekonamy, że lepiej jest żyć w zgodzie ze Słowianami i odejść od starych bogów.
            Nagle oboje spostrzegli, że Surwabuno i reszta ruszyli w stronę Lubawy.
            - Ruszajmy, powiedział Divan.
            - Co teraz ze mną zrobisz? Dopytywała Mojmira.
            - Divan nic nie odpowiedział.




Autor: Tomasz Chełkowski
ziemialubawska885@gmail.com


Wszelkie prawa zastrzeżone
Jeśli chcesz skorzystać z moich materiałów najpierw zapytaj mnie o zgodę ;)