piątek, 21 listopada 2014

W poszukiwaniu Chyłka protoplasty rodziny Chełkowskich.


Historyk Marc Bloch zapisał kiedyś takie oto słowa: "Z nieznajomości czasów minionych wypływa nieuchronnie niezrozumienie teraźniejszości. Ale również daremne będą zapewne próby zrozumienia przeszłości, jeżeli się nie wie nic o dniu dzisiejszym".

            Historia jest bardzo ważna w naszym codziennym życiu. Historia kształtuje światopogląd, historia uczy o pewnych procesach, cyklach, które się powtarzają, co kilka pokoleń. Dobrym przykładem jest kryzys z roku 1929 oraz kryzys z 2008 roku. Każdy kto dysponuje wiedzą historyczną zauważy wiele podobieństw naszych czasów do lat 30-tych XX wieku. 

            Moim zdaniem historię powinno się dzielić na trzy podstawowe działy. Do pierwszego powinno się zaliczać historię powszechną, obejmującą również dzieje kraju, w którym się mieszka. Drugi dział, zawężony, obejmować winien losy Małej Ojczyzny, czyli w moim przypadku Ziemi Lubawskiej. Jeśli zaś chodzi o dział trzeci to jest on niezwykle ważny ponieważ obejmuje wszystko to co dotyczy przeszłości rodziny. Tak więc do trzeciego działu zaliczamy: genealogię, etymologię nazwiska, wszystko to co dotyczy przeszłości naszej i naszych bliskich. Niektórzy pomijają dział pierwszy i skupiają się na dwóch pozostałych. Osoby takie nazywamy regionalistami.

           
            Skąd się wzięły nazwiska?

            Na początku warto zaznaczyć, że dawno temu w Polsce nie było czegoś takiego jak "nazwiska". W średniowieczu osoby często identyfikowało się po imieniu oraz miejscu zamieszkania. Mówiło się np.: Clauko z Marzęcic, Niszko z Grabowa, Namir z Kulig, Janko z Targowiska, Piotr z Tylic itd. Taki sposób nazywania osób był najbardziej powszechny ale nie jedyny. Zdarzało się, że kogoś nazywano np. Janko, syn kowala, Clauko syn karczmarza, Piotr syn młynarza itd. Jeszcze innym popularnym sposobem było nadawanie przydomków. Przydomki nadawano wielu książętom, którzy wyróżniali się  np. okrucieństwem, odwagą, pobożnością, głupotą itp. Oto kilka przykładów:

  •       Żyjącego w XIII wieku męża świętej Kingi nazywano Bolesławem Wstydliwym.
  •      Stryj żyjącego w XIII wieku Przemysła II nosił przydomek Bolesław Pobożny.
  •      Żyjący w XIII wieku margrabia Brandenburgii z powodu swojego wzrostu był nazywany Ottonem Długim.
  •    Popularne były przydomki odnoszące się do cech fizycznych (np. wzrostu, urody, karnacji ciemnej lub jasnej). Jako przykład warto przytoczyć: Leszka Białego, Leszka Czarnego i Bolesława Kędzierzawego. Wszyscy należeli do dynastii Piastów. Bolesław Kędzierzawy był jednym z synów Kazimierza Krzywoustego. Natomiast Leszek Biały był ojcem Bolesława Wstydliwego.

           U schyłku średniowiecza, z wielu powodów, o których nie chcę się rozpisywać,  system ten zaczął się rozwijać i stopniowo w Polsce pojawiły się nazwiska.  Oczywiście najpierw u szlachty, a z biegiem czasu również u mieszczan i chłopów. Kogoś, kto był np. młynarzem z czasem zaczęto nazywać Młynarskim. Natomiast np. Janka z Jabłonowa ludzie z czasem zaczęli nazywać Jankiem Jabłońskim. Zdarzało się, że kogoś, kto był kowalem zaczęto nazywać Kowalskim, a piekarze doczekali się nazwiska Piekarski. Istnieje też teoria, która mówi, że etymologia nazwiska Wysocki wywodzi się od słowa wysoki. Analogicznie nazwisko Malec może pochodzić od kogoś kto był mały (niski). 

            Podsumowując nazwiska pochodzą od: przydomków, przezwisk, imion (np. nazwisko Andrzejewski pochodzi od imienia Andrzej), nazw zawodów, cech wyglądu, charakteru (np. od człowieka wesołego pochodzi nazwisko Wesołowski). Na koniec warto dodać, że wiele nazwisk wywodzi się od nazw miejscowości np. nazwisko Działyńscy od miasta Działyń, a nazwisko Lubawski od miasta Lubawa.  



              Co wiemy o nazwisku Chełkowski?    

            Najpopularniejsza teoria głosi, że nazwisko Chełkowski wywodzi się od nazwy miejscowości Chełkowo. Wieś Chełkowo jest położona w województwie wielkopolskim, w powiecie kościańskim, w gminie Śmigiel. W wydanym ponad sto lat temu "Słowniku Geograficznym Królestwa Polskiego i Innych Krajów Słowiańskich"[1] na temat wsi Chełkowo znalazłem informacje, z których wynika, że w języku niemieckim wieś nosiła nazwę Kelke i była zamieszkiwana przez 125 osób. We wsi w XIX wieku mieszkało 11 ewangelików i 114 katolików. Wśród mieszkańców było 43 analfabetów. We wsi funkcjonowała wówczas poczta oraz stacja kolejowa. Najstarsza wzmianka na temat wsi pochodzi ze średniowiecza, dokładnie z roku 1388[2]. Miejscowość ta nosiła wówczas nazwę Chelcowo[3]. W 1400 roku wieś nazywano Chilcowo, w roku 1401 Chelkowo, a w 1405 ponownie Chelcowo. Nazwa wsi Chełkowo wywodzi się osadnika Chyłek, Chyłko lub Chelco[4]. Pierwszym odnotowanym w źródłach właścicielem wsi był Szymon z rodu Wieniawitów. Po jego śmierci wieś podzielono na dwie części. Jedną z części władał "Dominik Bylińczyk z Popowa Wonieskiego, a po nim jego synowie: Bogusław z Wilkowa Polskiego i Jarota, który w 1407 roku był burgrabią kościańskim. Pierwszym z braci, który zmarł, był Bogusław. Wdowa po nim, Hanka Ubiszkiewiczówna, przez 5 lat, tj. od 1395 do 1400 roku wiodła z Jarotą spór o połowę Chełkowa. Druga część miejscowości należała w 1400 roku do Kachny Falkenhanowej i jej brata Piotra Zojberlicha, a następnie stała się własnością Leszczyńskich z Leszna, którzy wykupili też pozostałą część Chełkowa po Jarocie"[5]
            Wspomniana w powyżej wdowa Hanka Ubiszkiewiczówna wniosła swoją część wsi jako wiano swojemu nowemu mężowi Derslawowi, który żył w latach 1402 - 1432. Spadkobiercami Derslawa byli: jego syn Bartłomiej oraz wnuk Jan Kemblan Chełkowski, który w późniejszym czasie otrzymał dodatkowo część wsi należącą do Leszczyńskich. 
            W taki oto sposób Jan Kemblan Chełkowski stał się właścicielem całej wsi.  W 1501 roku sprzedał on Chełkowo swojemu bratankowi Mikołajowi, kasztelanowi krzywińskiemu. Wacław, syn Mikołaja, przejmując miejscowość przybrał nazwisko Chełkowski. 

            "Spadkobiercami po Wacławie zostali jego syn Stanisław i wnuk Jan Kambelan Chełkowski. Ten ostatni sprzedał w 1602 roku Chełkowo za 3 tys. florenów Janowi Katwiczowi Radomickiemu z Radomicka. Po nim Chełkowem władali Marcin i Kazimierz Radomiccy, a po nich Maciej – wojewoda poznański, Andrzej i Władysław (1709-1737). Syn Władysława, Józef Radomicki sprzedał Chełkowo staroście mosińskiemu Konstantemu Kwileckiemu, który w dokumentach z 1784 roku występuje jako właściciel Chełkowa. W następnych latach Chełkowo stało się własnością Antoniego Onufrego Bończy Skarżyńskiego. Po nim odziedziczył je syn Michał, który brał jako oficer udział w powstaniu listopadowym, gdzie wyróżnił się m.in. w bitwach pod Grochowem, Tykocinem i Ostrołęką. Zmarł w 1887 roku, a jego grób znajduje się na cmentarzu przy kościele w Wonieściu. Warto wspomnieć, że za udział w wydarzeniach w 1846 roku został aresztowany i był więziony w Moabicie. Jego córka Maria, wychodząc za mąż za Aleksandra Kruzensterna, wniosła mu w posagu m.in. Chełkowo”[6].

            Wiemy, że właścicielem wsi w XIX wieku był Michał Skarzyński. Jako ciekawostkę warto dodać, że w Chełkowie  przebiegała kiedyś linia kolejowa Rakoniewice Wąskotorowe - Krzywiń (przystanek kolejowy w Chełkowie). Linia należała do Śmigielskiej Kolei Dojazdowej, otwarto ją w 1900 roku, dokładnie dnia 17. września.

            Wieś Chełkowo w 2009 roku liczyła 104 mieszkańców. Z atrakcji turystycznych w miejscowości tej warto zwrócić uwagę na XIX wieczny zabytkowy zespól dworski składający się z klasycystycznego dworu, spichlerza, oficyny i stodoły z 1866 roku.

            Czy my Chełkowscy wywodzimy się ze wsi Chełkowo? Prawdopodobnie tak. Nasze nazwisko posiada kilka wersji: Chełek, Chechłowski, Chelkowski, Hełkowski, Chyłkowski, Chetkowski i Chełchowski. W Internecie znalazłem wzmiankę o Dersławie z Chełkowa, który żył w latach 1402-1432[7]. Na tej samej stronie widnieje też informacja z 1540 roku o Wincentym Chełkowskim, który zmarł przed 1549 rokiem.  Są to dwie cenne wzmianki, które pokazują nam, że w pierwszej połowie XV wieku jeszcze funkcjonowało określenie "z Chełkowa". Natomiast w XVI wieku pojawia się już nazwisko Chełkowski. Na tej samej stronie (http://www.genealogia.okiem.pl/chelkowski.htm) wyszukałem też cenną wzmiankę o Wacławie Chełkowskim, który w 1549 odsprzedał komuś udziały we wsiach Chełkowo, Chełkówko i Karmino.   W dalszej części tej znakomitej genealogicznej strony moją uwagę zwrócił Ildefons "Kembłan" Chełkowski z Chełkowa herbu Wczele. Żył on w latach 1833-1904, był działaczem gospodarczym, walczył w powstaniu styczniowym w 1863 roku. Wiemy, że był więziony w Moabicie.

            Na wspomnianej stronie odszukałem więcej ciekawych wzmianek na temat Chełkowskich. Jedna z nich dotyczy żyjącego w latach 1839-1893 Franciszka Chełkowskiego herbu Wczele, właściciela Starogrodu, posła na sejm pruski, działacza społeczno - gospodarczego, który w 1887 roku kupił pałac w Śmiełowie.

            Bardzo cennym i obszernym źródłem informacji jest wspomniany prędzej "Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego i Innych Krajów Słowiańskich", w którym przy opisie miejscowości Targoszyce[8] natrafiłem na postać Idefonsa Chełkowskiego. Otóż w XIX wieku był on właścicielem Targoszyc i mieszkał na Kuklinowie. Targoszyce istnieją do dnia dzisiejszego. Jest to wieś w powiecie krotoszyńskim (województwo wielkopolskie, gmina Kobylin).

            Szukając informacji na temat swojego nazwiska, zauważyłem, że niektórzy Chełkowscy tytułują się herbem Wczele. Kilku takich już wymieniłem. Kolejnych znalazłem na tej stronie http://www.sejm-wielki.pl/b/dw.51979. Jeden z nich Józef Chełkowski z Chełkowa herbu Wczele żył w latach 1803-1877. Jego syn Franciszek Chełkowski z Chełkowa herbu Wczele, był bohaterem PSB, który urodził się w 1839, a zmarł 1893 roku. Czy są oni jakoś powiązani z moimi krewnymi? Nie wiem tego. W moim drzewku genealogicznym póki co w linii męskiej dotarłem do pradziadka, który nie szczycił się żadnym herbem (przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo). Choć z drugiej strony możliwe jest, że wszyscy Chełkowscy są ze sobą powiązani i wywodzą się od jakiegoś wspólnego przodka (protoplasty rodu). No bo przecież każde drzewo ma wspólne korzenie! Czy nie jest tak, że wszyscy Chełkowscy, gdzieś tam setki lat temu mieli jakiegoś wspólnego przodka (protoplastę)?

            Niestety moje powyższe rozważania o wspólnym protoplaście są ciężkie do obronienia. Fajnie by było stwierdzić, że wszyscy Chełkowscy wywodzą się od wspólnego protoplasty np. od osadnika Chyłka, który założył wieś Chełkowo. Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. W Polsce żyje wiele osób o nazwisku takim jak moje, czyli Chełkowski. Nie oznacza to jednak, że wszyscy wywodzimy się od wspólnego przodka. Prawda jest taka, że takie same nazwisko może mieć różne herby oraz takie samo nazwisko wcale nie musi oznaczać, że jest się osobą "herbową". Bardzo często nazwisko powstawało od nazwy miejscowości, z której wywodzi się ród. Zdarzało się też, że chłopi otrzymywali nazwisko swojego pana, u którego odrabiali pańszczyznę. Przez setki lat, począwszy od średniowiecza rycerze, a potem szlachta oraz biskupi, kapituły, magnaci, królowie, książęta, wojewodowie byli właścicielami wsi i miast. Na przykład właścicielem Kurzętnika była kapituła chełmżyńska, a właścicielem Lubawy był biskup diecezji chełmińskiej. Ciężko nadać komuś nazwisko od kapituły albo od biskupa. Może dlatego podróżującym mieszkańcom Lubawy nadano nazwisko Lubawski? Przykładów i niewiadomych tego typu można podać wiele. Jeśli dodamy do tego to co pisałem na początku o pochodzeniu nazwisk musimy odrzucić tezę o wspólnym protoplaście dla każdego nazwiska.

            Herb Wczele....





            Tak właśnie wygląda herb Wczele, którym na przestrzeni wieków tytułowało się wiele osób o nazwisku Chełkowski. Tytułował się nim między innymi Jan Onufry Zagłoba bohater Trylogii Henryka Sienkiewicza pt.: Ogniem i Mieczem, Potop, Pan Wołodyjowski. Herbu tego używał również August Chełkowski marszałek senatu Rzeczypospolitej II kadencji oraz senator w latach 1989-1999.

            W dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów każdy ród miał swój herb. Wszystkie herby miały swoją wyjątkową historię, która była bardzo ważna dla rodzin tytułujących się danym herbem. Historia herbu była czymś, do czego lubiano się odwoływać i co lubiano podkreślać podczas rozmów towarzyskich.

            Historie herbów szlacheckich wywodziły się z pradawnych mitów i legend. Herb szlachecki Wczele nie jest tu wyjątkiem. Opowieść o nim zaczyna się od protoplasty rodu, który brał udział w pierwszej krucjacie do Ziemi Świętej, zorganizowanej w latach 1096-1099. Podczas oblężenia Jerozolimy saraceńska księżniczka wyzywała rycerzy na pojedynek szachowy. Zwycięzca miał prawo z całej siły zdzielić przeciwnika szachownicą w łeb - stąd nazwa herbu: ŁĘBNO. Analogicznie WCZELE pochodzi od uderzenia w czoło.

            Istnieje też druga wersja zgodnie, z którą protoplastą rodu był Ślązak Holub. Podróżował on po świecie aż nagle pewnego dnia trafił na dwór murzyńskiego króla. Córka monarchy wyzwała go na pojedynek szachowy, w którym zwycięzca mógł grzmotnąć pokonanego szachownicą w łeb. Holub przyłożył jej w głowę tak mocno, że połamał szachownicę, za co od ojca królewny otrzymał herb.
           
           
            My historycy wspomagamy się w swojej pracy wieloma naukami pomocniczymi. Jedną z nich jest heraldyka, czyli nauka zajmująca się herbami. Etymologia nazwy wywodzi się od słowa herold, określającego urzędnika dworskiego. W średniowieczu herold wywoływał nazwiska rycerzy biorących udział w turniejach. Najstarsze wzmianki dotyczące heroldów pochodzą z XII wieku[9]. Turnieje rycerskie są nieodłącznym elementem tamtej epoki. Heroldowie pojawiali się na nich w specjalnych barwnych strojach, spełniali funkcje gońców roznoszących zaproszenia, byli strażą porządkową, wywoływali imiona i nazwy rodów rycerzy biorących udział w turniejach i zabawach. Zdarzało się, ze heroldowie byli poetami. "Od XIV w. (...) do ich obowiązków należy badanie, czy znaki, których używają rycerze są poprawne. Szczególnie turnieje stworzyły do tego okazję, gdyż poprzedzał je przegląd hełmów, zaopatrzonych w znaki rycerskie, klejnoty, które stały się elementem składowym herbów"[10]. Heroldowie zaczęli zanikać wraz z turniejami i rycerzami w XVI i XVII wieku. W Rzeczypospolitej heroldowie nie przyjęli się mimo wysiłków jakie czynił w tej sprawie król Władysław Jagiełło.

           
            W tym miejscu warto zaznaczyć, że podczas turniejów rycerskich heroldowie tworzyli księgi turniejowe, w których nanosili barwne wizerunki znanych sobie herbów. Księgi te są dla nas wspaniałym źródłem historycznym z zakresu heraldyki.

            Za początek herbów możemy uznać bojowo taktyczny zespół rycerski, który nazywano chorągwią. Chorągiew należy rozumieć jako oddział wojskowy, skupiony wokół proporca. Z kolei proporzec był odpowiednio barwiony i opatrzony znakiem bojowo - rozpoznawczym. To właśnie proporzec, a dokładnie znak z proporca z czasem zaczął przechodzić na poszczególne części uzbrojenia rycerskiego, głownie na hełm i tarczę. Dzięki temu każdy wiedział do której chorągwi należy rycerz. Był to wiec znak rozpoznawczy rycerza. Z czasem w Polsce nastąpiły przemiany w ustroju lennym, które doprowadziły do rozdrobnienia feudalnego i zwiększenia liczby chorągwi rycerskich. Przemiany doprowadziły do ściślejszego związania rycerzy z suwerenem, od którego otrzymywali oni ziemie i wsie jako jego wasale. Wasal z kolei musiał posługiwać się znakiem swojego suzerena. Tłumacząc to na bardziej prosty język: każdy rycerz posługiwał się herbem swojego pana. Chociaż zdarzały się przypadki rycerzy posiadających swój własny herb. U schyłku średniowiecza herb zaczął oznaczać przynależność do rodziny szlacheckiej. Tylko rodziny szlacheckie miały prawo do posiadania swojego herbu. Z drugiej strony zdarzało się, że np. biskupi, którzy nie należeli do szlachty też posiadali własny herb. Swój herb miały miasta oraz niektórzy mieszczanie. Podobnie korporacje kościelne, czyli biskupstwa, kapituły, opactwa, zakony rycerskie miały swoje herby[11]. Mało tego zdarzało się, że nawet cechy rzemieślnicze posiadały swoje herby. Poza tym herb mógł nadawać monarcha.

            Jako ciekawostkę warto dodać, że w Polsce do końca XV wieku istniały tylko 274 herby, a np. w Niemczech było ich w tym okresie około 200 tys. Skąd tak znaczne różnice? Otóż w Polsce herbem, który pojawił się pod koniec XIII wieku, posługiwała się nie rodzina, ale ród. Istniało u nas zjawisko zamykania się stanu szlacheckiego w obrębie rodu. Każdy kto czytał powieść Elżbiety Cherezińskiej pt. "Korona śniegu i krwi" zauważył jak ogromne znaczenie miały rody Zarembów, Nałęczów, Gryfitów, Piastów z Mazowsza, Piastów Starszej Polski, Piastów Małej Polski, Sobiesławiców. Każdy z tych rodów czuł się odrębnym bytem dla którego historia rodu, herb rodowy, szacunek dla rodowych przodków oraz dbanie o prestiż rodu są bardzo ważne.

            A teraz powróćmy do szlacheckiego herbu Wczele. Wiemy, że występował on w kilku odmianach. Pierwszy znany nam przypadek jego użycia pochodzi z 1368 roku kiedy to pojawił się on na pieczęci starosty sieradzkiego. Wzmianki na temat tego herbu pojawiają się w  dokumentach sądowych z 1401 roku[12]

           

            Czy ja Tomasz Chełkowski z Nowego Miasta Lubawskiego mam prawo do herbu Wczele?

            Zdaniem Jacka Młochowskiego prawo do "używania herbu rodowego można dziedziczyć tylko po mieczu (w linii męskiej) tj. po ojcu, dziadku ojczystym itd."[13] Tak więc jeśli w linii prostej po ojcu, dziadku, pradziadku, prapradziadku itd. bym natrafił na kogoś, kto miał prawo do herbu to mógłbym również rościć sobie prawo do tytułowania się herbem Wczele. Do tej pory nie natrafiłem jednak na żadnego krewnego, który byłby "herbowy". Jednak nie zniechęcam się, będę się cofał w przeszłość i rozwijał swoje drzewko genealogiczne przez całe życie. Kto wie może kiedyś natrafię na przodka z herbem (w linii męskiej).



Autor: Tomasz Chełkowski
ziemialubawska@interia.pl
 
 
Wszelkie prawa zastrzeżone. 
Jeśli chcesz skorzystać z moich materiałów najpierw zapytaj mnie o zgodę ;)

wtorek, 18 listopada 2014

Janusz Pawłowski, Mój zegar niesłoneczny.



Aldous Huxley, autor słynnej powieści pt. "Nowy wspaniały świat", który swoim geniuszem dorównał Orwellowi, napisał kiedyś genialne słowa:

"Kto umie czytać,

posiadł klucz do wielkich czynów,

do nieprzeczuwanych możliwości,

do upajająco pięknego,

udanego i sensownego życia".


            Piękne, mądre i prawdziwe są to słowa. Każdy, kto posiadł umiejętność czytania i korzysta z niej na co dzień rozwija i wzbogaca się wewnętrznie. Ja niedawno przeczytałem bardzo ciekawą książkę Janusza Pawłowskiego pt. "Mój zegar niesłoneczny". Książka wspaniała ponieważ autor opisał w niej swoje wspomnienia, w których Ziemia Lubawska gra pierwsze skrzypce.

            Książka ta pokazuje jak wyglądało zwyczajne, codzienne życie w Kurzętniku i Nowym Mieście Lubawskim w okresie międzywojennym, podczas II wojny światowej (1939-1945) oraz w czasach powojennych. Bardzo się cieszę, że mogłem przeczytać wspomnienia pana Pawłowskiego ponieważ odnalazłem w nich coś cennego, opowieści naocznego świadka wielu interesujących wydarzeń. Oby jak najwięcej osób tak jak ja sięgnęło po "Mój zegar niesłoneczny".
           
            Zacznijmy od początku. Dziadek Pana Pawłowskiego, autora książki był burmistrzem w Dębicy (województwo podkarpackie) i w latach 1918-1919 walczył w obronie Lwowa, ba za życia chwalił się nawet dyplomem podpisanym przez gen. Tadeusza Rozwadowskiego. Różne koleje losu sprawiły, że rodzice autora sprowadzili się do Mikołajek, wsi położonej w obecnym powiecie nowomiejskim. Ojciec autora otworzył we wsi sklep spożywczy (tzw. kolonialkę). W 1938 roku rodzice autora przenieśli się z Mikołajek do Nowego Miasta Lubawskiego, gdzie założyli kolejny interes w postaci większej kolonialki (większego sklepu). Sklep ten znajdował się na ul. 3 Maja w budynku, który obecnie nie istnieje. W jego miejscu stoi dziś restauracja Tiffany. Jednak w okresie międzywojennym znajdował się w tym miejscu ładny hotel, którego właścicielką była Niemka, niejaka Bona. Niestety budynek ten został spalony przez Rosjan w roku 1945. Tak więc przed wybuchem wojny, od 1938 roku, rodzice autora wynajmowali u Bony lokal, w którym prowadzili swoją kolonialkę. W tym samym budynku mieszkali lekarze, przedsiębiorcy, przyjmowali doktorzy Piotrowski i Werner. Autor pisze, że przy tej samej ulicy znajdowało się więzienie. Poza tym odnotował on o obecnej ul. 3 Maja takie oto słowa: "Pamiętam też przez mgłę nowomiejskie pochody bezrobotnych, odbywały się na obecnej ulicy 3 maja, a wtedy - jeśli mnie pamięć nie myli - Różanej, bo była obsadzona różanymi drzewkami, w dodatku między nimi rozlokowano girlandy bluszczu, które rozciągały się od drzewka do drzewka. Była to taka nowomiejska promenada". Poniżej umieściłem zdjęcia ulicy 3 Maja z okresu II wojny światowej (1939-1945). Widać na nich nieistniejący dziś budynek, który należał do Niemki Bony.




 
   
            Książka Pawłowskiego jest prawdziwą skarbnicą wiedzy. Wystarczy wyjść na ulicę i zapytać młode osoby co oznacza robienie zakupów "na borg"? Starsze osoby jeszcze pamiętają, że "na borg" oznacza "na kredyt" (na zeszyt).
            A teraz zagadka na poniższym zdjęciu widać procesję Bożego Ciała na rynku w Nowym Mieście Lubawskim. Na środku widzimy częściowo zasłonięty napis sklepu: "BŁAWATNY" B. Gęstwicki. Czy wiecie co się znajdowało w tym lokalu? Otóż był to sklep bławatny. Niestety ta ładna kamienica już nie istnieje ponieważ spalili ją Rosjanie w 1945 roku. Obecnie w tym miejscu znajduje się apteka "Pod Orłem". No dobra ale co to znaczy sklep bławatny? Autor pisze, że w XXI wieku sklepy bławatne są rzadkością ponieważ obecnie większość Polaków kupuje gotowe ubrania. W sklepach bławatnych klient dostarczał, krawcowi-rzemieślnikowi materiał z metra, na przykład na ubranie. Klienci dostarczali materiał, a w zamian po jakimś czasie otrzymywali zamówiony strój. Sklep bławatny w Nowym Mieście Lubawskim prowadził miejscowy Żyd, który często stawał przed sklepem i nawoływał przechodniów, kłaniał się im i zachęcał do skorzystania ze swoich usług. Żyd ten "wysoki, szczupły, z charakterystyczną twarzą i specyficznym ubiorem, budził moją sympatię. Takie postępowanie to był ówczesny marketing. Polscy kupcy tak nie robili, więc i obroty mieli mniejsze".




            Książka "Mój zegar niesłoneczny" jest wspaniałą skarbnicą wiedzy o nauczycielach z Kurzętnika i Nowego Miasta Lubawskiego. I tak np. w okresie powojennym w NML nauczycielką historii była profesor Wnęk, o której autor pisze bardzo pozytywnie. Prof. Wnęk była absolwentką Uniwersytetu Lwowskiego. Prof. Grzebień i prof. Kołpacki uczyli języka polskiego. Prof. Grzebień zmarł w 1951 roku. W Nowomiejskim gimnazjum było jeszcze wielu wspaniałych nauczycieli, matematyki uczył najpierw prof. Krajewski, a potem. prof. Chmieliński. Natomiast języka francuskiego uczyła profesor Witkowska, a łaciny najpierw prof. Krajewski, a potem prof. Grzebień, który był ojcem znanego toruńskiego ortopedy. Nauczycielem gimnastyki był profesor Wierzbicki, którego dzieci nazywały Felek. "Wyróżniającą się postacią był profesor Eryk Buchwald. Uczył wielu przedmiotów, zajęć praktycznych, fizyki, śpiewu, prowadził chór szkolny. Bardzo mu psociliśmy, ale po zakończeniu nauki uznał nas za morową klasę".
           
            W powojennej szkole w Nowym Mieście Lubawskim działało wiele organizacji społecznych, które w swojej książce Pawłowski wymienia. Były to PCK, kółka zainteresowań, klub sportowy "Zgoda", Liga Lotnicza, Liga Przyjaciół Żołnierza i wie innych. Okoliczna młodzież miała w tamtym okresie swoje sukcesy. Najlepszymi biegaczami na sto i dwieście metrów byli Henio Pański, Miecio Marcinkowski i Zbigniew Mroczyński, który zakwalifikował się do kadry narodowej. Do klasy z autorem chodziła Stefania Krajnik, która w późniejszym czasie została żoną Renesława Czapnika. Poza tym do tej samej klasy chodził jeden z konstruktorów urządzeń programu Apollo Alfons Rachwalski. W tej samej klasie byli też przyszły minister środowiska Ludwik Ochocki oraz profesor Zyta Gilowska. Te nazwiska najlepiej pokazują jak wysoki był poziom szkoły w Nowym Mieście Lubawskim.

            We wspomnieniach autora natkniemy się też na postać Jana Jedy, który po wojnie założył Polską Organizację Młodzieży Katolickiej. Znajdziemy również ciekawy opis pożaru miasta w 1945 roku. 

            W tym miejscu chciałbym poświęcić kilka słów Ludwikowi Ochockiemu, absolwentowi nowomiejskiej szkoły, który chodził do klasy razem z Januszem Pawłowskim. Otóż został on ministrem środowiska, a w Nowym Mieście Lubawskim mieszkał na ul. Kościelnej obok organistówki (naprzeciw bramy wjazdowej na teren plebanii). Ojciec ministra był przedwojennym nowomiejskim kupcem. Jego sklep znajdował się obok sklepu bławatnego i jest widoczny na powyższych zdjęciach. Po wojnie kupiec Ochocki został czołowym działaczem Spółdzielni Spożywców "Społem". Urodzony w NML Ludwik Ochocki w latach 1972-1981 był ministrem środowiska, ukończył studia na Wydziale Transportu Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Szczecinie, gdzie uzyskał tytuł doktora nauk ekonomicznych.

            Na zakończenie chciałbym poruszyć wydarzenia, które wzbudziły moje zainteresowanie. Otóż napisałem kiedyś artykuł pt. "Obozy w których mordowano Żydówki. Poznaj czarne karty z historii Ziemi Lubawskiej".  W artykule tym opisałem obozy dla żydowskich kobiet w Gwiździnach, Naguszewie, Gutowie, Krzemieniewie i Brzoziu Lubawskim. Niemcy latem 1944 roku zwozili do tych obozów żydowskie kobiety, których zadaniem była budowa umocnień. Od wschodu zbliżała się Armia Czerwona, a umocnienia miały ją powstrzymać. Zapewne w 1944 roku Niemcy jeszcze wierzyli, że będą walczyć na tych terenach z Rosjanami. Ostatecznie w styczniu 1945 roku Rosjanie wkroczyli na Ziemię Lubawską, a Niemcy bez walki uciekli na zachód. Wspominam o tym artykule ponieważ Janusz Pawłowski w swojej książce fajnie opisuje wspomnienia z tamtego okresu: "Latem 1944 roku Niemcy zarządzili akcję kopania rowów strzeleckich i dołów przeciwczołgowych na okolicznych polach. Wszyscy młodzi ludzie, mężczyźni i kobiety zostali zmuszeni do stawienia się z łopatami w wyznaczonym miejscu i pod kierunkiem nadzorców i majstrów budowali transzeje. Rowy te ciągnęły się kilometrami po stokach okolicznych wzgórz. Umacniano ich boczne ściany faszyną przytrzymywaną przez kołki sosnowe. Poszczególne stanowiska dowodzenia łączono kablem telefonicznym wkopywanym w ziemię. Po wojnie kable te wydobywano, bo nadawały się do użytku. takie okopy budowano na całym Pomorzu. Podobnie i rowy przeciwczołgowe. I ja, mimo, że miałem tylko dwanaście lat, byłem zmuszony do tej pracy. Długo po wojnie rowy te straszyły na okolicznych stokach wzgórz i stanowiły miejsce zabaw dziecięcych. To samo doły przeciwczołgowe. Po latach zapadły się bądź zostały zasypane"

Autor: Tomasz Chełkowski
ziemialubawska@interia.pl
Wszelkie prawa zastrzeżone. 
Jeśli chcesz skorzystać z moich materiałów najpierw zapytaj mnie o zgodę ;)