poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Drwęca i Wel (Wla) największe rzeki na Ziemi Lubawskiej

        
Drwęca (zdjęcie ŚP Pan Kopiczyński)
Pogoda coraz bardziej zachęca do spacerów, przejażdżek rowerowych oraz spływów kajakowych. Dziś chciałbym opisać Wam dwie największe rzeki na Ziemi Lubawskiej, które swym pięknem z roku na rok przyciągają coraz większe rzesze turystów lubujących się w kajakowych spływach. 

        Dwie największe rzeki Ziemi Lubawskiej Drwęca i Wel ukształtowały się po ostatnim zlodowaceniu, a kto nadał im obowiązujące do dziś nazwy – tego możemy się tylko domyślać. Nazwa Drwęca w źródłach pisanych pojawiła się po raz pierwszy w 1222 roku i brzmiała Dreuanza. Wiemy, że takim określeniem posługiwali się zarówno Słowianie, Prusowie jak i przedstawiciele innych ludów wielokrotnie odwiedzających te malownicze tereny. Mieczysław Łydziński twierdzi, że etymologia (pochodzenie) nazwy wiąże się z wedyjskim słowem dreva, łacińskim Dreuentia, germańskim druhen lub staropruskim dreoso – słowa te w tłumaczeniu na język polski znaczą: bieg rzeki[1].

        Drwęca to rzeka o długości 249,1 km, w tym ok. 50 km przepływa w granicach Ziemi Lubawskiej. Stanowi prawy dopływ dolnej Wisły. Wypływa spod pagórka o wysokości 191 m n.p.m.  należącego od Gór Dylewskich (mezoregion Grabu Lubawskiego) – skąd w różne strony świata oprócz niej wypływają rzeki takie jak: Marózka, Szkotówka, Łyna, Nida, Wel oraz Grabiczek. Drwęca stanowi wielką atrakcję dla kajakarzy, których przyciągają urozmaicone brzegi, urwiste zbocza, liczne meandry oraz gęste zadrzewienie linii brzegowej. Niezwykle zachęcające dla turystów, bogate w różnorodne imprezy wodniackie, sportowe i kulturalne są „Dni Drwęcy” (szczegółowe informacje znajdują się m.in. na stronie Miejskiego Centrum Kultury  w Nowym Mieście Lubawskim - www.mcknml.pl) organizowane w czerwcu we wszystkich miastach leżących nad rzeką. Poza tym w lipcu lub sierpniu jest organizowany Międzynarodowy Spływ Kajakowy „Drwęcą – Wisłą”, który może się poszczycić wielką renomą[2].   

Drwęca to łatwy i malowniczy szlak kajakowy, który każdego roku odwiedzają liczne rzesze turystów lubiących spędzać wakacje na wodzie. Rzeka na całej swej długości stanowi rezerwat przyrody o nazwie „Rzeka Drwęca”, na terenie którego podlegają ochronie m.in. pstrągi i łososie. W swoim górnym biegu, przez pierwsze 4 km rzeczka płynie na północ wśród lasów w głębokim wąwozie zwanym Czarcim Jarem. Następnie bogaci się w wodę i płynie na północ, pod Ostródą zmienia swój kierunek na zachodni, przepływa przez Jezioro Drwęckie, a następnie płynie Doliną Drwęcy w stronę Ziemi Lubawskiej, do której wpływa w okolicy najdalej wysuniętej na północ wsi Gierłoż Polska. Dalej płynie przez Ziemię Lubawską, przepływając obok wsi Rodzone i Biała Góra, przepływa przez Mszanowo oraz Nowe Miasto Lubawskie kierując się w stronę Brodnicy. Ostatecznie ok. 6 km na wschód od Torunia, Drwęca wpływa do Wisły[3].
       
        Kolejną, krótszą od Drwęcy i zarazem najdłuższą (90, 8 km na Ziemi Lubawskiej) rzeką jest Wel (Wla). Wypływa ona z łąk w pobliżu wsi Tułodziad, w okolicach Grunwaldu, gdzie w 1410 roku wojska polsko – litewskie rozgromiły armię Zakonu Krzyżackiego. Rzeka po przepłynięciu trzech jezior  od wschodu wpływa na teren Ziemi Lubawskiej przepływając przez Jezioro Rumian, Jezioro Zarybinek, Jezioro Tarczyńskie, Jezioro Grądy, Jezioro Zakrocz, Jezioro Lidzbarskie oraz Jezioro Tylickie. Ostatecznie wpływa do Drwęcy w miejscowości Bratian, gdzie u styku dwóch rzek stał niegdyś zamek komturów krzyżackich i starostów bratiańskach. Legenda mówi, że na zamku tym w XIII wieku mieszkał brat Jan, który zbudował kapliczkę dla „cudami słynącej” figurki Matki Boskiej Łąkowskiej[4].

        Wel jest jedną z najpopularniejszych rzek wśród kajakarzy, którzy chwalą jej szlaki kajakowe, gdyż składają się one z urozmaiconych krajobrazowo odcinków. Spływ Welą (Wlą, Wlem) jest idealny na długi weekend ponieważ można go „pokonać” w trzy lub cztery dni. Wytrwali mogą wpłynąć do Drwęcy, z którą rzeka łączy się we wsi Bratian i rozszerzyć swoją przygodę o szlaki Pojezierza Brodnickiego. Obszar doliny rzeki Wel obejmuje tereny gmin Nowe Miasto Lubawskie oraz Lidzbark. Dolina zachęcająca turystów pięknymi formami morfologicznymi i stanowi „korytarz ekologiczny” pomiędzy Górznieńsko – Lidzbarskim Parkiem Krajobrazowym, lasami okolic Iławy oraz Brodnickim Parkiem Krajobrazowym. Welski Park Krajobrazowy, który prawie w całości leży w granicach ziemi lubawskiej swoją nazwę wziął właśnie od przepływającej przez jego obszar rzeczki, która urzeka swym pięknem i z roku na rok przyciąga coraz większe rzesze kajakarzy oraz pieszych turystów[5].

Drwęca (zdjęcie ŚP Pan Kopiczyński)

Drwęca przepływająca przez Nowe Miasto Lubawskie. Zdjęcie otrzymałem od ŚP Pana Kopiczyńskiego, fotografa z mojego miasteczka. 


Poniżej prezentuję zdjęcia mojego autorstwa:

Drwęca między Nowym Miastem Lubawskim i Mszanowem.

Drwęca między Nowym Miastem Lubawskim i Mszanowem.

Drwęca między Nowym Miastem Lubawskim i Mszanowem.

Drwęca między Nowym Miastem Lubawskim i Mszanowem.

Drwęca przepływająca przez Nowe Miasto Lubawskie.

Drwęca przepływająca przez Nowe Miasto Lubawskie.

Rzeka Drwęca. Widok z zamkowej góry na Kurzętnik.

Rzeka Drwęca. Widok z zamkowej góry na Kurzętnik.

Rzeka Drwęca. Widok z zamkowej góry na Kurzętnik.

Rzeka Drwęca. Widok z zamkowej góry na Kurzętnik.

Rzeka Drwęca. Widok z zamkowej góry na Kurzętnik.

Rzeka Drwęca. Widok z zamkowej góry na Kurzętnik.

Rzeka Drwęca. Widok z zamkowej góry na Kurzętnik.

Rzeka Drwęca. Widok z zamkowej góry na Kurzętnik.






[1] Łydziński Mieczysław, Pochodzenie nazwy Drwęca, Drwęca, nr 3, 2000, s. 3.
[2]Drwęca [w:] Lityński Marek, Goleń Jan, Drwęca oraz Wel i Pojezierze Brodnickie, Warszawa 2003, s. 3; Grabowski Stanisław, W cieniu bratiańskiego zamku, s. 15; Sperski Eugeniusz, Drwęca i jej dorzecze, przewodnik kajakowy, Warszawa 1974, s. 15; Błachowski Aleksander, Z biegiem Drwęcy - przewodnik, Toruń 2008, s. 9; Falkowski Jan, Ziemia Lubawska,  s. 39.
[3] Lityński Marek, Goleń Jan, Drwęca oraz Wel i Pojezierze Brodnickie, Warszawa 2003, s. 3 – 4; Sperski Eugeniusz, op. cit., s. 16.
[4] Kopiczyński Adam, Wel – rzeka zapomniana, Drwęca, nr. 9, 1996, s. 6 – 7; Błachowski Aleksander, Z biegiem…, s. 9 – 10; Sperski Eugeniusz, Drwęca…, s. 15; Rzeka Wel - http://www.nowemiasto.com.pl/wel.htm, 1 III 2010.
[5] Wel [w:] Lityński Marek, Goleń Jan, op. cit., s. 29 – 30; Rzeka Wel - http://www.nowemiasto.com.pl/wel.htm, 1 III 2010.

poniedziałek, 16 marca 2015

Pamiętajcie o tych, którzy ginęli za Ojczyznę



W piątek 13 marca 2015 roku w Mszanowie odbyło się spotkanie poświęcone pamięci Żołnierzy Wyklętych. Dzieci z Jamielnika zafundowały nam prawdziwe katharsis, za które im serdecznie dziękuję. Oby jak najwięcej tak utalentowanych i wspaniałych młodych ludzi kształciło się w polskich szkołach. Pani z Instytutu Pamięci Narodowej również zrobiła na mnie duże wrażenie opowiadając m.in. o pierwszych latach po zakończeniu II wojny światowej, które były bardzo trudne dla naszej ojczyzny. Jedną z głównych atrakcji spotkania była prezentacja nowej książki weterana Armii Krajowej, polskiego bohatera i patrioty Pana Józefa Zbigniewa Polaka pt.: "Impresje o Żołnierzach Wyklętych".

            W zaprezentowanej książce zamieszczono obok każdej impresji ciekawe i wartościowe z patriotycznego punktu widzenia opisy historyczne miejsc związanych z Żołnierzami Wyklętymi i ich tragicznym losem po II wojnie światowej. Znajdziecie tu pomniki, kaplice, budynki, zabytki itp. lokacje pamiętające ich chwałę i cierpienie, pot i łzy. Z naszego regionu  wybrano m.in. Siedzibę Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (PUBP) na ul. Grunwaldzkiej w Nowym Mieście Lubawskim (obecnie PZU) oraz Dom Józefa Rydla we wsi Otręba, w którym znajdowała się baza Marcjana Sarnowskiego ps "Cichy". Z terenów położonych poza granicami Ziemi Lubawskiej warto zwrócić uwagę np. na celę Danuty Siedzikówny ps "Inka" w Gdańsku. "Inka" była sanitariuszką w 5 Wileńskiej Brygadzie AK, którą dowodził mjr Zygmunt Szendzielarz ps "Łupaszka".


Siedziba Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (PUBP) na ul. Grunwaldzkiej w Nowym Mieście Lubawskim (obecnie PZU). W tym miejscu w sposób bestialski po II wojnie światowej torturowano polskich żołnierzy.


            Dlaczego powojenne lata w naszym kraju były tak trudne? Dlaczego mimo rozwiązania Armii Krajowej i zakończenia II wojny światowej w 1945 roku tak wielu polskich żołnierzy postanowiło walczyć dalej, tym razem z okupantem sowieckim (z ZSRR)? Postaram się wam to wyjaśnić. Otóż okupacja hitlerowska Ziemi Lubawskiej zakończyła się w styczniu 1945 roku, wraz z wkroczeniem wojsk sowieckich, które według oficjalnej propagandy wyzwalały Polskę, a naprawdę mordowały i kradły co się dało. No i oczywiście wprowadzały w naszym kraju komunizm niszcząc wszelkie przejawy demokracji. Oto kilka przykładów, które pokazują ogrom bestialstwa żołnierzy Armii Czerwonej:


·       sowieci po wkroczeniu na Ziemię Lubawską strzelali na oślep pociskami zapalającymi, wzniecając w ten sposób liczne pożary. W Lidzbarku Welskim okradli większość mieszkańców, dla zabawy podpalili wiele domów oraz zastrzelili kilkanaście osób. Wśród ofiar znaleźli się Ci którzy próbowali się buntować widząc poczynania „wyzwolicieli”. Najmniejszy ślad niezadowolenia najczęściej powodował wywleczenie na ulicę i rozstrzelanie na oczach mieszkańców. W taki sposób Rosjanie zamordowali rodzinę szewca, który mieszkał na lidzbarskim rynku. Ciała szewca, jego żony, córki i synka przez kilka dni leżały na podwórku za domem. Wszystkim zabrano buty, które Rosjanie traktowali jako najcenniejszą wojenną zdobycz. Tak wyglądało wyswobodzenie Lidzbarka Welskiego przez Armię Czerwoną.

·       w Nowym Mieście Lubawskim w wyniku działań żołnierzy ZSRR spłonęło 56 domów, co stanowiło 20% ówczesnych zabudowań. Żołnierze rosyjscy grabili prywatne i społeczne mienie oraz okradali ludzi ze wszystkiego, czego nie zdążyli zabrać im uciekający Niemcy. Pod koniec stycznia NKWD rozpoczęło aresztowania i wywózki w głąb Rosji osób zdolnych do pracy. Większość z 319 mieszkańców wywiezionych z terenów Ziemi Lubawskiej trafiła do łagrów w Donbasie i na Uralu.

·       Rosjanie tak samo jak Niemcy dopuszczali się mordów na okolicznych mieszkańcach. Dnia 21 stycznia 1945 roku z zimną krwią zamordowali we własnym gospodarstwie Bernarda i Walerię Bartkowskich z Marzęcic oraz nieznaną z nazwiska dziewczynę z Łąk Bratiańskich, która przebywała w tym czasie w Marzęcicach. Do jednego z najbardziej wstrząsających mordów doszło w wigilię Bożego Narodzenia, 24 grudnia 1945 roku. Dwóch rosyjskich żołnierzy napadło wówczas na dom rolnika Stanisława Ciołka ze wsi Szwarcenowo, którego zastrzelili na oczach dzieci ozdabiających choinkę.


               To tylko kilka z tysięcy przykładów obrazujących okrucieństwo żołnierzy Armii Czerwonej. Czy wiedząc to wszystko kogoś jeszcze dziwi, że w 1945 roku wielu naszych żołnierzy postanowiło chronić polskie społeczeństwo przed tymi bandytami? Propaganda komunistyczna z nich szydziła, przez cały okres PRL-u nazywano ich bandytami, ohydnymi karłami reakcji, zdrajcami. A oni tak naprawdę byli polskimi bohaterami, wiernymi rządowi polskiemu, a nie komunistom.

            W XXI wieku Polacy wydają się być coraz mniej zainteresowani historią. Często w towarzystwie osoby próbujące poruszyć jakieś zagadnienie np. z historii Polski spotykają się z dezaprobatą. Mamy wąskie grupy historyków i pasjonatów, które są świadome tego jak ważna jest wiedza o przeszłości oraz masy, które nierzadko wręcz podkreślają, że ich takie tematy nie interesują. Książki o bohaterach m.in. z Armii Krajowej i Ruchu Oporu Armii Krajowej (ROAK) walczących za Polskę wydają się przegrywać z tandetną i popularną dziś literaturą masową. Nieraz słyszałem opinie mówiące o tym, że patriotyzm, ojczyzna, honor, naród są hasłami nieaktualnymi, wręcz nie pasującymi do naszych czasów. Nawet w szkołach ogranicza się lekcje historii zapominając o tym, że "z nieznajomości czasów minionych wypływa nieuchronnie niezrozumienie teraźniejszości. Ale również daremne będą zapewne próby zrozumienia przeszłości, jeżeli się nie wie nic o dniu dzisiejszym" Marc Bloch wypowiedział te słowa jeszcze przed wybuchem II wojny światowej. Jakże aktualne one są w dniu dzisiejszym.
            W tych trudnych dla naszej ojczyzny czasach musimy jeszcze głośniej mówić o polskich bohaterach, którzy na stałe zapisali się na kartach historii. Może poniższy fragment wspomnień niemieckiego żołnierza z września 1939 roku uświadomi wam dlaczego Polaków walczących za swój kraj nazywamy bohaterami:



            "To był pierwszy polski żołnierz, którego ujrzały moje oczy. Na progu granicznej zagrody leżał we krwi z ziemistą twarzą, skurczony z bólu, kolana przy piersiach. Z jego zaciśniętych warg wyrwał się ledwo dosłyszalny szept. "Wody". Napojony skonał z uśmiechem. Spoczywa teraz na miejscu, na którym padł, pod prostym drewnianym krzyżem, ozdobionym jedynie polskim hełmem i napisem: "10 polskich żołnierzy".

            Ten polski piechur zginął jak prawdziwy żołnierz. Bronił nakazanego stanowiska do końca. Jego ładownice były puste, a w magazynku karabinu znajdowały się tylko dwa naboje w chwili, gdy trafił go śmiertelny strzał.

            Bronił swego stanowiska do ostatka, choć wiedział, że to śmierć. A obok przy oknach zagrody, zamienionych w strzelnice, we wnękach strzeleckich, wykopanych w ogrodzie, hen gdzieś na granicy, śniło w tym momencie już swój wieczny sen 9 jego towarzyszy piechurów. Drużyna, którą tworzyli, zajmowała stanowisko w zagrodzie, o kilkaset metrów od granicy. Tu 10 ludzi z jednym ręcznym karabinem maszynowym i 10 karabinami oczekiwało niemieckiego natarcia. Nie mieli za sobą innych silniejszych oddziałów. Wojska polskie koncentrowały się o kilkadziesiąt kilometrów w głąb. By spełnić swe zadanie straży granic Rzeczypospolitej i zasygnalizować ich przekroczenie przez wroga musieli decydować się na śmierć lub niewolę, albo gwałtowny odwrót po kilku strzałach, odwrót tak podobny w oczach nieprzyjaciela do ucieczki.

            Żołnierze ci rozumieli swój los, który musiał się spełnić, w chwili gdy armia niemiecka poważnymi siłami przekroczy granicę. Wiedzieli, że opór ich może zatrzymać, nieprzyjaciela tylko przez kilka godzin najwyżej, a może nawet minut. Jasnym było dla nich, że potem przewaga sił nieprzyjacielskich ich zmiażdży.

            Tych 10 nie myślało jednak o odwrocie. Nie przyszło im do głowy wsiąść na stojące w pogotowiu na tyłach zagrody rowery. Zostali w zagrodzie trwając w pogotowiu.
            A gdy o mglistym świcie dnia 1 września 1939 r. świsnęła od strony niemieckiej pierwsza kula, złożyli się ze swych karabinów, odpowiadając strzałem na strzał.
            Monotonnie terkotał karabin maszynowy i każdy pełnił swą służbę tak, jak na mustrze w koszarach.
            Ani jeden z nich nie opuścił żywy zagrody na granicy, powierzonej ich straży.

            Takim był żołnierz polski, wytrwały i rozjuszony, a jednocześnie skromny i niewymagający pod względem zaopatrzenia, gdziekolwiek spotykaliśmy go, choćby w najmniejszej jednostce, o ile ta zachowała swą spójnię wewnętrzną. Czy to były grupy rozbitków, które w rozległych lasach i błotach trzymały się jeszcze całymi dniami bez żywności i uzupełnienia amunicji, odcięte od swoich pułków, bez jednolitego dowództwa, które przyprawiały nas często o ciężkie straty, napadały na kolumny zaopatrzeniowe i jeszcze długo niepokoiły obszar leżący za naszym frontem. Czy to były oddziały kawalerii polskiej, przebijające się często z odwagą szaleńczą po otoczeniu, czy to byli prości piechurzy, którzy okopawszy się przed jakąś wsią, bronili stanowiska, aż każdy z kolei rażony kulą w swym wnęku strzeleckim kończył walkę wraz z życiem.

            Niezapomniany będzie dla mnie obraz takich okopów. Poprzez bastion z ciężkimi karabinami maszynowymi wysunięte w szachownicę rowy strzeleckie, głębokie na człowieka i w każdym z nich, jak we własnoręcznie wykopanym grobie, opadła ku ziemi postać strzelca o woskowym obliczu, skrwawionym mundurze i dłoniach, które częstokroć jeszcze po śmierci nie wypuściły karabinu...".



Powyższy zacytowany fragment pochodzi z książki pt: "Kampania wrześniowa w oświetleniu niemieckim", opracował płk Alojzy Horak, wydawnictwo "Polonia Militaris", Warszawa 2005, s. 5-6.


Autor: Tomasz Chełkowski
ziemialubawska885@gmail.com


Wszelkie prawa zastrzeżone
Jeśli chcesz skorzystać z moich materiałów najpierw zapytaj mnie o zgodę ;)